Kilka przemyśleń
Dodane przez Adam Smiech dnia Październik 23 2015 14:16:25

Żyjemy w złym państwie. Być może to truizm, ale zawiera się w nim wszystko, co się dzieje wokół nas. Analiza całokształtu stanu naszego państwa i narodu przekracza ramy tej wypowiedzi, niemniej postaram się wskazać na najważniejsze wątki i aspekty.

Przede wszystkim - żyjemy w państwie pozbawionym suwerenności, a za ten stan rzeczy odpowiadamy my sami. Ktoś powie - jak to? Ano tak, my sami. Oczywiście - nie ja i nie Ty PT Czytelniku, który osobiście nie dołożyłeś cegiełki do rozkładu własnego państwa, ale jednak my, jako członkowie narodu, który w ciągu ostatnich 26 lat podejmował w swej większości określone decyzje z własnej i nieprzymuszonej woli. Piszę "my", gdyż za 100, 200 lat nikt nie będzie pisał o panu X, czy pani Y, ale o Polakach przełomu XX i XXI wieku, którzy wybrali taką a nie inna drogę dla siebie i swojego państwa. Bardzo łatwo jest znajdować wroga zewnętrznego, nazwanego, w postaci konkretnych państw lub nazwisk, czy też anonimowego, kryjącego się za parawanem międzynarodowych sprzysiężeń i spisków. Zaproponowanie dzisiaj takiego wniosku z otaczającej nas rzeczywistości, byłoby jednak, przepraszam wszystkich, którzy mogą się poczuć urażeni, półinteligencką ucieczką w gotowy i wygodny schemat. Co gorsza ucieczką, której na ogół towarzyszy poczucie wątpliwej satysfakcji, że oto posiadło się wiedzę o strukturze świata. Tymczasem, jeśli chcemy poważnie zastanowić się nad przyszłością, musimy zacząć od siebie, tj. stwierdzić, że za stan Polski AD 2015 odpowiadamy właśnie my sami. Nikt nas pod karabinem, ani pod batem nie zmuszał do kolejnych wyborów. Nasi wrogowie, nawet jeśli czasem delikatnie pogrozili palcem, to przecież głównie byli mili i otwarci. W każdym razie, ja nie znajduję ani jednego momentu w tych 26 latach, kiedy Polacy musieli dokonać (złego) wyboru, bo w innym wypadku groziło by im spełnienie jakiegoś skrajnego ultimatum. To wszystko nie jest usprawiedliwieniem dla wrogów. Jest tylko wskazaniem, że gdyby nie nasza łatwowierność, naiwność, gnuśność, skłonność do życia mitem, czy wręcz, powiedzmy sobie wprost, głupota, wrogowie niczego by nie osiągnęli. Polacy sami wybrali akces do unii Europejskiej, sami wybierali kolejne ekipy prowadzące nas do UE i NATO. Do czego więc doszliśmy dzisiaj, u progu kolejnych wyborów?


Czytaj całość...
Rozszerzona zawartość newsa

Żyjemy w złym państwie. Być może to truizm, ale zawiera się w nim wszystko, co się dzieje wokół nas. Analiza całokształtu stanu naszego państwa i narodu przekracza ramy tej wypowiedzi, niemniej postaram się wskazać na najważniejsze wątki i aspekty.

Przede wszystkim - żyjemy w państwie pozbawionym suwerenności, a za ten stan rzeczy odpowiadamy my sami. Ktoś powie - jak to? Ano tak, my sami. Oczywiście - nie ja i nie Ty PT Czytelniku, który osobiście nie dołożyłeś cegiełki do rozkładu własnego państwa, ale jednak my, jako członkowie narodu, który w ciągu ostatnich 26 lat podejmował w swej większości określone decyzje z własnej i nieprzymuszonej woli. Piszę "my", gdyż za 100, 200 lat nikt nie będzie pisał o panu X, czy pani Y, ale o Polakach przełomu XX i XXI wieku, którzy wybrali taką a nie inna drogę dla siebie i swojego państwa. Bardzo łatwo jest znajdować wroga zewnętrznego, nazwanego, w postaci konkretnych państw lub nazwisk, czy też anonimowego, kryjącego się za parawanem międzynarodowych sprzysiężeń i spisków. Zaproponowanie dzisiaj takiego wniosku z otaczającej nas rzeczywistości, byłoby jednak, przepraszam wszystkich, którzy mogą się poczuć urażeni, półinteligencką ucieczką w gotowy i wygodny schemat. Co gorsza ucieczką, której na ogół towarzyszy poczucie wątpliwej satysfakcji, że oto posiadło się wiedzę o strukturze świata. Tymczasem, jeśli chcemy poważnie zastanowić się nad przyszłością, musimy zacząć od siebie, tj. stwierdzić, że za stan Polski AD 2015 odpowiadamy właśnie my sami. Nikt nas pod karabinem, ani pod batem nie zmuszał do kolejnych wyborów. Nasi wrogowie, nawet jeśli czasem delikatnie pogrozili palcem, to przecież głównie byli mili i otwarci. W każdym razie, ja nie znajduję ani jednego momentu w tych 26 latach, kiedy Polacy musieli dokonać (złego) wyboru, bo w innym wypadku groziło by im spełnienie jakiegoś skrajnego ultimatum. To wszystko nie jest usprawiedliwieniem dla wrogów. Jest tylko wskazaniem, że gdyby nie nasza łatwowierność, naiwność, gnuśność, skłonność do życia mitem, czy wręcz, powiedzmy sobie wprost, głupota, wrogowie niczego by nie osiągnęli. Polacy sami wybrali akces do unii Europejskiej, sami wybierali kolejne ekipy prowadzące nas do UE i NATO. Do czego więc doszliśmy dzisiaj, u progu kolejnych wyborów?

Żyjemy w kraju politycznie i ekonomicznie niesamodzielnym. Oddaliśmy większość atrybutów suwerennego państwa Unii Europejskiej. Konstytucyjne władze Polski są w istocie jedynie administratorami jednego z departamentów/landów/województw UE podług jej dyrektyw. W szerszym aspekcie polityki międzynarodowej jesteśmy wasalem USA. Trudno o to winić USA. Jesteśmy wasalem na ochotnika, zupełnie szczerze, tak jak szczerze i ochotniczo oddaliśmy suwerenność UE. Nasze uzależnienie ekonomiczne, głównie od Niemiec nie może już być li tylko oceniane z ironią, gdyż wiąże się z przestępstwami dokonanymi na żywym ciele państwa i narodu. To nie międzynarodowy spisek, nie nawet ci, którzy na nasza ziemię przyszli i czerpią z niej korzyści w taki sposób, jak im jest wygodnie, odpowiadają za zagładę polskiego majątku narodowego po 1989 r. Odpowiadają za to kolejne ekipy rządzące wybierane nie przez poddawanych krwawym prześladowaniom, drżących o swe życie obywateli, lecz zupełnie swobodnie bez naprawdę istotnego ucisku z zewnątrz. Przy tej okazji pozwolę sobie zauważyć, że nie należy popadać w mitomanię wyrażająca się w stwierdzeniu o domniemanej masie poparcia dla "naszych słusznych postulatów", tych, którzy od 1989 r. na wybory wcale nie chodzili. To tylko w niewielkiej części prawda, w ogromnej, ciżba ludzka sprowadzona do poziomu egzystencji biologicznej i do tego w dużym odsetku takiej, której z tą egzystencją wygodnie. Chciałbym się mylić, ale obawiam się, że największą frekwencję miałoby w Polsce referendum z pytaniem o wprowadzenie pensji i opieki społecznej na poziomie np. niemieckim, co prawda za cenę pozostawienia tylko papierowych odrębności państwowych, ale przy dobrym podaniu tematu przez media wynik mógłby być zupełnie przytłaczający. Czy to oznacza, że nie chcemy już własnego państwa? Po części tak. I to nie tylko ci bezmyślni, dla których jest obojętne, kto napełnia miskę, byleby dawał coraz więcej i więcej, a czasem tylko, żeby nie dawał mniej. Także tzw. elita, światli politycy i intelektualiści, którzy z premedytacją uznali, że nastąpił koniec państwa narodowego i należy Polskę rozpuścić w UE, traktując to zresztą jako etap przejściowy do globalnego monopaństwa. Czy tego chcemy czy nie, ludzie, którzy stanowią dzisiaj inteligencję są wychowankami dawnego środowiska KOR z przyległościami, UD, UW, czy po prostu środowiska Gazety Wyborczej. Jeżeli rozmawiamy z takimi ludźmi, jest to natychmiast wyczuwalne. Jest to wielki sukces tego środowiska, w istocie największy od 1939 r. - wyrwanie inteligencji spod wpływu endeckiego i zaaplikowanie jej, bądź wychowanie w duchu jakiegoś obłędnego zupełnie poczucia winy i ślepego filosemityzmu i bezrefleksyjnego entuzjazmu wobec nowinek uderzających w zdroworozsądkowe postrzeganie świata. Politycznym wyrazem tego kierunku stała się w ostatnich 10 latach Platforma Obywatelska. Teoretycznie mogła to być dobra propozycja nie wchodząca w spory światopoglądowe, uwalniająca gospodarkę i Polaków pragnących tworzyć własny biznes od więzów biurokracji wewnętrznej i presji międzynarodowej, skrajnie pragmatyczna w polityce zagranicznej. Praktyka pokazała, że oczekiwania powyższe były iluzją, gdyż kaganiec inteligenckich aksjomatów a'la GW oraz popadnięcie w mitomanię na płaszczyźnie stosunku do zagadnienia Ukraina-Rosja, nie mówiąc już o amoku czyszczenia państwowego żłobu doprowadziło PO do tego z czym dziś mamy do czynienia. Tylko proszę, aby ktoś nie pomyślał, że skoro tak, więc kres PO jest bliski. Nie, pomimo tego sondaże dają jej 20-25% poparcia. To o wiele więcej mówi o kondycji Polski i Polaków od podjętych tu przeze mnie rozważań.

I tu dochodzimy do sedna sprawy - w najbliższych wyborach Polacy, którzy się na nie pofatygują w 60-70% poprą dwie siły tworzące od 10 lat układ władzy w Polsce, a które nawet zaczynały jako jeden podmiot - POPiS. Potężne poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości wymyka się wszelkim zdroworozsądkowym ocenom i analizom. Nie można wszystkiego tłumaczyć zasłużoną sobie przez PO nienawiścią, bo nie można gasić pożaru benzyną. Wiara ludzi w PiS jest zupełnie irracjonalna. Po części wynika ze wspomnianej skłonności Polaków do mitologizowania, po części z kolejnej tendencji - budzenia się co dzień rano z czysta tablica w głowie, jakby przeszłość nie istniała, jakby zastąpił ja mit. A trzeba przyznać, że w przypadku PiS mamy do czynienia z mitem o trzech zasadniczych rysach. Pierwszym jest mit rządu pisowskiego z lat 2005-2007. Rzekomo Polska była wówczas krainą mlekiem i miodem płynącą. Co prawda rzeczywistość nie pozwala nam wymienić jakichkolwiek wiekopomnych osiągnięć tego krótkiego okresu, ale co tam - myśmy zapomnieli i wolimy wierzyć w mit. Co można powiedzieć dobrego o tamtym okresie sprowadza się w zasadzie do rządu p. Marcinkiewicza i to jedynie w tym aspekcie, że p. Stefan Meller był ostatnim ministrem spraw zagranicznych Polski, który godnie reprezentował przynajmniej powagę swego urzędu. Rząd p. J. Kaczyńskiego był jednym z najgorszych i najmniej znaczących w ostatnim 26 leciu. Z trzech głównych powodów. Od p. Anny Fotygi zaczęła się degrengolada ministerstwa spraw zagranicznych RP; p. Antoni Macierewicz dokonał skandalicznej likwidacji WSI wbrew wszelkim zasadom roztropności i logiki jeśli chodzi o traktowanie służb specjalnych, wreszcie p. Jarosław Kaczyński, nie tylko radośnie negocjował oddanie naszej suwerenności w przyszłym Traktacie Lizbońskim, ale na własnym podwórku, mając pełnię władzy w ręku, robił wszystko, aby tej władzy się wyzbyć. Bardzo skutecznie. Czy na powtórkę z takiej wątpliwej rozrywki oczekują dziś zapominalscy, dla których PiS jest ostatnią nadzieją dla Polski? Czy może urzeczywistnienie drugiego rysu pisowskiego mitu - tzw. zbrodni smoleńskiej? Czy nie obawiają się powtórzenia obłędu, który obserwowaliśmy po tragicznej katastrofie Tu-154? A może nie zdają sobie sprawy, czy też nie biorą poważnie pod uwagę tego, że prędzej, czy później, a zwłaszcza w sytuacji, kiedy pomysły ekonomiczne PiS nie wypalą, smoleńszczyzna uderzy z podwójną siłą? Potencjalni wyborcy PiS godzą się również najwyraźniej z rolą, jaką dla Polski wyznaczają spece od polityki zagranicznej, gdzie przecież trudno mówić o jakichś poważnych różnicach z pomajdanową polityką PO, chyba że w kontekście jeszcze dalej idącego zaangażowania Polski. Czy naprawdę ok. 40% deklarujących poparcie PiS Polaków pragnie uczynienia z Polski na stałe państwa frontowego, skierowanego a priori przeciwko Rosji i będącego pasem transmisyjnym i tranzytowym koncepcji politycznych amerykańskich neokonserwatystów? Trudno w to uwierzyć. Jeżeli myślimy o bezpieczeństwie naszym i naszych dzieci, powinniśmy jako Polska wspierać działania zmierzające do powołania nowego systemu bezpieczeństwa światowego. W tym systemie nie ma miejsca dla reliktu zimnej wojny w postaci NATO. Nie ma miejsca na jedynego i samowładnego żandarma światowego w postaci USA. A na naszym podwórku nie ma miejsca dla baz amerykańskich w Polsce i na granie karta ukraińską.

cdn.