P.gjw - Nowy serial "historyczny"
Dodane przez Adam Smiech dnia Marzec 28 2011 16:37:40

"Władek Jarociński - oficer Cesarstwa Pruskiego" - każdy, kto usłyszał jak się przedstawia jeden z głównych bohaterów najnowszego niby to historycznego, poświęconego wojnie polsko-bolszewickiej filmu seryjnego TVP, mógłby wybuchnąć śmiechem albo pokiwać z politowaniem głową. Mógłby, gdyby znał przynajmniej pobieżnie prawdziwą historię Polski i Europy. O to jednak niełatwo. Nie znajdzie się jej w naszym kraju ani w podręcznikach szkolnych ani nawet w akademickich. Kłamstwa z okresu PRL-u zmieszały się tam z nowymi, podyktowanymi przez tzw. poprawność polityczną. Jednak nawet z tych zakłamanych podręczników można się dowiedzieć, że nie istniało żadne Cesarstwo Pruskie, a jedynie Królestwo Pruskie (das Königreich von Preussen), stanowiące najważniejszy podmiot Cesarstwa Niemieckiego, będącego federacją królestw, księstw i wolnych miast niemieckich pod berłem cesarza, będącego zarazem królem pruskim. Jego wojska lądowe to była Cesarska Siła Zbrojna (Kaiserliche Wehrmacht), podzielona na korpusy: pruski, saski, bawarski i wirtemberski. Bohater filmu powinien zatem był powiedzieć o sobie: oficer Wehrmachtu, oficer pruski, oficer armii niemieckiej, oficer Cesarskiej Siły Zbrojnej, oficer cesarza Wilhelma itp. tylko nie tak jak powiedział.

Na tym nie koniec poważnych błędów w nazewnictwie. Państwo, którego armią lądową była Robotniczo-Chłopska Armia Czerwona (jak brzmiała jej pełna nazwa) to nie była Rosja, ale Rosja Sowiecka/Radziecka. W okresie rewolucji bolszewickiej, czerwonego terroru i wojny domowej zwano ją zresztą powszechnie zupełnie inaczej, a mianowicie: Bolszewia względnie: Sowdepia. Pojawiające się na początku każdego odcinka napisy o wojnie Polski z Rosją stanowią zatem dezinformację. Jedyna zdolna do walki Armia Rosyjska (taka była jej pełna, urzędowa nazwa) walczyła latem i jesienią 1920 przeciw bolszewikom na Krymie i w Taurydzie (na przedmościu Krymu) pod wodzą swego naczelnego wodza i tymczasowego (do pokonania bolszewików i wolnych wyborów powszechnych) naczelnika państwa – barona generała Piotra Wrangla. To co najwyżej tej, istniejącej rzeczywiście, a nie w pomysłach paru ludzi, armii należało iść na spotkanie, chcąc wyprzedzić ofensywę bolszewicką w kierunku Warszawy przez utorowanie drogi drugiej ofensywie białych na Moskwę. Dezinformacja jest celowa. Treścią filmu jest całkowite przemilczenie tego, kto stał na czele Rady Komisarzy Ludowych czyli rządu Lenina, zwanego wówczas powszechnie rządem Żydów i przypisanie winy za bolszewizm narodowi rosyjskiemu, który jak wynika z tego filmu opiwszy się wódką (przyganiał garnek kociołkowi) stracił rozum, a następnie zaczął wyrzynać swoich i obcych.

Autor: gjw

Czytaj całość...
Rozszerzona zawartość newsa

"Władek Jarociński - oficer Cesarstwa Pruskiego" - każdy, kto usłyszał jak się przedstawia jeden z głównych bohaterów najnowszego niby to historycznego, poświęconego wojnie polsko-bolszewickiej filmu seryjnego TVP, mógłby wybuchnąć śmiechem albo pokiwać z politowaniem głową. Mógłby, gdyby znał przynajmniej pobieżnie prawdziwą historię Polski i Europy. O to jednak niełatwo. Nie znajdzie się jej w naszym kraju ani w podręcznikach szkolnych ani nawet w akademickich. Kłamstwa z okresu PRL-u zmieszały się tam z nowymi, podyktowanymi przez tzw. poprawność polityczną. Jednak nawet z tych zakłamanych podręczników można się dowiedzieć, że nie istniało żadne Cesarstwo Pruskie, a jedynie Królestwo Pruskie (das Königreich von Preussen), stanowiące najważniejszy podmiot Cesarstwa Niemieckiego, będącego federacją królestw, księstw i wolnych miast niemieckich pod berłem cesarza, będącego zarazem królem pruskim. Jego wojska lądowe to była Cesarska Siła Zbrojna (Kaiserliche Wehrmacht), podzielona na korpusy: pruski, saski, bawarski i wirtemberski. Bohater filmu powinien zatem był powiedzieć o sobie: oficer Wehrmachtu, oficer pruski, oficer armii niemieckiej, oficer Cesarskiej Siły Zbrojnej, oficer cesarza Wilhelma itp. tylko nie tak jak powiedział.

Na tym nie koniec poważnych błędów w nazewnictwie. Państwo, którego armią lądową była Robotniczo-Chłopska Armia Czerwona (jak brzmiała jej pełna nazwa) to nie była Rosja, ale Rosja Sowiecka/Radziecka. W okresie rewolucji bolszewickiej, czerwonego terroru i wojny domowej zwano ją zresztą powszechnie zupełnie inaczej, a mianowicie: Bolszewia względnie: Sowdepia. Pojawiające się na początku każdego odcinka napisy o wojnie Polski z Rosją stanowią zatem dezinformację. Jedyna zdolna do walki Armia Rosyjska (taka była jej pełna, urzędowa nazwa) walczyła latem i jesienią 1920 przeciw bolszewikom na Krymie i w Taurydzie (na przedmościu Krymu) pod wodzą swego naczelnego wodza i tymczasowego (do pokonania bolszewików i wolnych wyborów powszechnych) naczelnika państwa – barona generała Piotra Wrangla. To co najwyżej tej, istniejącej rzeczywiście, a nie w pomysłach paru ludzi, armii należało iść na spotkanie, chcąc wyprzedzić ofensywę bolszewicką w kierunku Warszawy przez utorowanie drogi drugiej ofensywie białych na Moskwę. Dezinformacja jest celowa. Treścią filmu jest całkowite przemilczenie tego, kto stał na czele Rady Komisarzy Ludowych czyli rządu Lenina, zwanego wówczas powszechnie rządem Żydów i przypisanie winy za bolszewizm narodowi rosyjskiemu, który jak wynika z tego filmu opiwszy się wódką (przyganiał garnek kociołkowi) stracił rozum, a następnie zaczął wyrzynać swoich i obcych.

Główną postacią ujemną tego filmu jest Aleksander Sriebielnikow – syn poczciwego skądinąd Rosjanina zamieszkałego od dawna na ziemiach polskich, starego wdowca kolejarza, żonatego z Polką. Jako komisarz przy oddziale krasnoarmiejców, a następnie bolszewicki agent na tyłach Wojska Polskiego, wspina się na szczyty podłości i dwulicowości. Po wydelegowaniu go do tzw. zadań specjalnych jako komisarz wojskowy zastępuje go niejaki Lipman i jest to jedyna wzmianka o udziale synów Izraela w pierwszym totalitarnym projekcie czasów najnowszych. Ot, tak przypadkiem i oni się w tym znaleźli... Jest to bujda na resorach. Agentami tego rodzaju byli niemal bez wyjątku (wyjątek potwierdzający regułę stanowili Ormianie i ... Polacy) Judejczycy. Jednak nie. Przeciwnikiem, a właściwie (co też w filmie nie zostało należycie podkreślone, chociaż zobaczymy, nadzieja umiera ostatnia) bezlitosnym wrogiem, nie mniejszym niż później hitlerowcy, była Rosja. Rosja wymyśliła komunizm. Rosja była jego podporą. Marks był Rosjaninem, oczywiście również Lenin, a także Mao Tse Tung... Śmiać się czy płakać?

Chyba jednak to drugie. Mamy jednoznacznie do czynienia z kolejnym (po filmie Czas honoru, a zwłaszcza jego trzeciej serii) kiczem, filmem kostiumowym podającym się za historyczny, który ma nauczyć ludzi leniwych umysłowo, niezdolnych do doszukiwania się prawdy w trudno dostępnych źródłach i opracowaniach, że największym wrogiem Polski była (w domyśle: jest i będzie) Rosja. Tę myśl w sposób najszerzej znany przedstawiał Józef Piłsudski. Nie dziwi przeto, że postać "dziadka" została przedstawiona przez twórców filmu jako genialny wódz bez skazy, mówiący na dodatek czyściutko i bardzo kulturalnie po polsku. Wyprawa kijowska, która od początku była czystym szaleństwem i podręcznikowym wprost przykładem błędu zwykłego dyletanta i głupca (bo takie rzeczy można pojąć nawet na tzw. chłopski rozum), odsłaniającego się na całym froncie na przeciwuderzenie nieprzyjaciela, została przedstawiona jako wielka rzecz. Jedyna jej krytyka polega na słowach, że nie warto było ginąć za Ukrainę. Wina leży jednak wyłącznie po stronie Ukraińców, "bo są głupi. Historia dała im za mało w d..."

Piłsudski, zwracający się do swoich podwładnych przez: wy Polacy, mówiący stale z silnym żmudzkim akcentem i klnący niczym żul spod budki z piwem, był niewątpliwie polskim patriotą. Kochał Polskę gorąco i byłby ją najchętniej zadusił w swoim żelaznym uścisku. Odpowiedzialny za śmierć kilkuset rodaków w czasie walk na ulicach stolicy, które doprowadziły go do dyktatorskiej władzy, nie brzydził się skrytobójstwem, pobiciami przez tzw. nieznanych sprawców, więzieniem bez sądu, biciem aresztowanych, strzelaniem do robotników i fałszowaniem wyborów. Nie był w niczym lepszy od Jaruzelskiego, a nawet gorszy, bo ten drugi w końcu oddał władzę tym, których społeczeństwo samo wybrało (jak i kogo to już inna sprawa). Temu pierwszemu dyktatorowi stawia się pomniki, tego drugiego codziennie się opluwa. Klucz do tej tajemnicy nazywa się rusofobia; przedstawiał ją sobą Piłsudski, był i jest od niej wolny Jaruzelski. Rusofobia służy interesom niepolskim (że tak to delikatnie określę). Rusofobii służy jeśli nie cała Telewizja Polska to w każdym razie jej dział tzw. filmów historycznych. Otrzymujemy za nasze pieniądze wpłacane na jej konto kicze i parodie bez wartości, pełne nieścisłości i przekłamań, na dodatek byle jakie artystycznie.

Otrzymujemy policzek jako naród, którego rozum się obraża i którego pamięć przeszłości, stanowiącą niezwykle ważny składnik tożsamości narodowej się zniekształca, łechcząc przy tym prymitywny szowinizm. Z tej pamięci usuwa się takie postacie jak Witos, Dmowski, a nawet Karol Popiel, Daszyński czy Liebermann. Czyni się krzywdę również tym kilkuset ochotnikom żydowskim, którzy wbrew niemal całemu swemu otoczeniu chwycili za broń, aby odeprzeć okrutnego wroga Polski, którą uznali za swoją ojczyznę. Nie można na takim zakłamanym tle ukazać wartości ich silnej woli, samodzielnego myślenia i nieprzeciętnej odwagi. Dlatego też wbrew rusofobom wskażę na zakończenie na Rosję. Tam telewizja państwowa (prywatne kanały dochodzą drogą satelitarną) wie, że jej zadaniem jest szanowanie własnego kraju, jego moralności i zbiorowej pamięci, a także odkłamywanie, a nie fałszowanie historii i z tego zadania, tak w filmach dokumentalnych jak fabularnych wywiązuje się w sposób godny podziwu, że wspomnę choćby takie seriale historyczne jak Tajny radca czy też Admirał (chcąc poprzestać na tematyce antybolszewickiej). Na koniec pytanie: jak się nazywa opisany przeze mnie wraz ze swymi ideologicznymi korzeniami serial TVP?

Autor: gjw