Obłęd sterowany
Dodane przez Adam Smiech dnia Styczeń 13 2011 10:39:14

Raport końcowy Międzypaństwowego Komitetu lotniczego (MAK) w sprawie katastrofy Tu-154 pod Smoleńskiem wywołał, zgodnie z oczekiwaniami i logiką wydarzeń, skrajnie histeryczną reakcję obozu rusofobicznego. Kilka słów komentarza do całej sprawy.

- meritum - nie ulega wątpliwości, że raport MAK zawiera, w przeważającej części, smutną dla nas prawdę. Pozwolę sobie zacytować ekspertów. Tomasz Hypki ze Skrzydlatej Polski: "Stan techniczny był taki, że gdyby była ładna pogoda, to by załoga wylądowała. W tych warunkach to ich przerosło, popełniali błąd za błędem. Przy takiej presji w samolocie doszło do czego doszło. Lądowanie na innym lotnisku wymagało uzgodnienia politycznego w Polsce (...) Nie można zbagatelizować faktu obecności alkoholu u Błasika. To jest fakt bardzo przykry i bolesny. To jeszcze jeden gol do naszej bramki, który rzuca cień. Choć decydująca jest trzeźwość pilotów" (za gazeta.pl). Mjr rez. dr Michał Fiszer z miesięcznika Lotnictwo: "Popełniona została cała seria błędów, trudno się tu nie zgodzić, bo ja nie mam żadnej podstawy, żeby kwestionować to, co ogłosił MAK. Pilot przyjął tutaj większą prędkość i wskazuje to, że zakładał odejście na drugi krąg. Łatwiej jest, szybciej się odchodzi na drugi krąg z większej prędkości niż z mniejszej. Miał zaprogramowaną niewłaściwą ścieżkę podejścia, typową dla lotnisk komunikacyjnych zachodnich, natomiast na lotniskach rosyjskich, wojskowych jest nieco inny kąt podejścia, bardziej płaskie podejście do lądowania. Załoga nie zdawała sobie sprawy, na jakiej jest wysokości, ponieważ niewłaściwie wykorzystywano wysokościomierze dostępne w kabinie. Odczytywano wysokość z radiowysokościomierza, jednocześnie na głównym, najważniejszym wysokościomierzu dowódcy załogi nie wprowadzono ciśnienia lotniskowego, tylko zostało standardowe i kontrola - według tego wysokościomierza - oczywiście tylko utrwalała załogę w błędnej ocenie wysokości. Dlatego nie doszło do przejścia na drugie dojście, ponieważ oni nie mieli świadomości, na jakiej są wysokości faktycznie. Inna kwestia, że kontroler - niezależnie od przepisów, jakie obowiązują - jeżeli widzi, że samolot schodzi pod ścieżkę, to powinien reagować, powinien ostrzec załogę o schodzeniu pod ścieżkę i to już jest jego wina. Nawet jeżeli w myśl przepisów postępował prawidłowo, no to jest jego wina, jakaś taka moralna. Jeżeli chodzi o system TAWS to on ostrzegał grubo powyżej właściwej wysokości ze względu na to, że w systemie tego lotniska po prostu nie było, ono nie istniało w tym systemie i system odbierał to jako próbę zniżania się w szczere pole. (...) To był kontrolowany lot w ziemię z powodu błędnego wykorzystania przyrządów pokładowych, błędnej świadomości sytuacyjnej, czyli świadomości, na jakiej są wysokości i kilku innych błędów, które MAK szczegółowo wypunktował. Raport MAK wyjaśnia podstawowe przyczyny katastrofy, natomiast trzeba by się szczegółowo zapoznać z tymi wszystkimi okolicznościami, które mówią o pośrednich przyczynach. Natomiast te bezpośrednie przyczyny wyjaśnia w sposób logiczny"(za interia.pl). Praktycznie rzecz biorąc, nic dodać, nic ująć.

Czytaj całość...

Uwaga! Link do wywiadu jakiego udzielił Głosowi Rosji red. Tomasz Hypki. Mocna rzecz - WYWIAD


Rozszerzona zawartość newsa

Raport końcowy Międzypaństwowego Komitetu lotniczego (MAK) w sprawie katastrofy Tu-154 pod Smoleńskiem wywołał, zgodnie z oczekiwaniami i logiką wydarzeń, skrajnie histeryczną reakcję obozu rusofobicznego. Kilka słów komentarza do całej sprawy.

- meritum - nie ulega wątpliwości, że raport MAK zawiera, w przeważającej części, smutną dla nas prawdę. Pozwolę sobie zacytować ekspertów. Tomasz Hypki ze Skrzydlatej Polski: "Stan techniczny był taki, że gdyby była ładna pogoda, to by załoga wylądowała. W tych warunkach to ich przerosło, popełniali błąd za błędem. Przy takiej presji w samolocie doszło do czego doszło. Lądowanie na innym lotnisku wymagało uzgodnienia politycznego w Polsce (...) Nie można zbagatelizować faktu obecności alkoholu u Błasika. To jest fakt bardzo przykry i bolesny. To jeszcze jeden gol do naszej bramki, który rzuca cień. Choć decydująca jest trzeźwość pilotów" (za gazeta.pl). Mjr rez. dr Michał Fiszer z miesięcznika Lotnictwo: "Popełniona została cała seria błędów, trudno się tu nie zgodzić, bo ja nie mam żadnej podstawy, żeby kwestionować to, co ogłosił MAK. Pilot przyjął tutaj większą prędkość i wskazuje to, że zakładał odejście na drugi krąg. Łatwiej jest, szybciej się odchodzi na drugi krąg z większej prędkości niż z mniejszej. Miał zaprogramowaną niewłaściwą ścieżkę podejścia, typową dla lotnisk komunikacyjnych zachodnich, natomiast na lotniskach rosyjskich, wojskowych jest nieco inny kąt podejścia, bardziej płaskie podejście do lądowania. Załoga nie zdawała sobie sprawy, na jakiej jest wysokości, ponieważ niewłaściwie wykorzystywano wysokościomierze dostępne w kabinie. Odczytywano wysokość z radiowysokościomierza, jednocześnie na głównym, najważniejszym wysokościomierzu dowódcy załogi nie wprowadzono ciśnienia lotniskowego, tylko zostało standardowe i kontrola - według tego wysokościomierza - oczywiście tylko utrwalała załogę w błędnej ocenie wysokości. Dlatego nie doszło do przejścia na drugie dojście, ponieważ oni nie mieli świadomości, na jakiej są wysokości faktycznie. Inna kwestia, że kontroler - niezależnie od przepisów, jakie obowiązują - jeżeli widzi, że samolot schodzi pod ścieżkę, to powinien reagować, powinien ostrzec załogę o schodzeniu pod ścieżkę i to już jest jego wina. Nawet jeżeli w myśl przepisów postępował prawidłowo, no to jest jego wina, jakaś taka moralna. Jeżeli chodzi o system TAWS to on ostrzegał grubo powyżej właściwej wysokości ze względu na to, że w systemie tego lotniska po prostu nie było, ono nie istniało w tym systemie i system odbierał to jako próbę zniżania się w szczere pole. (...) To był kontrolowany lot w ziemię z powodu błędnego wykorzystania przyrządów pokładowych, błędnej świadomości sytuacyjnej, czyli świadomości, na jakiej są wysokości i kilku innych błędów, które MAK szczegółowo wypunktował. Raport MAK wyjaśnia podstawowe przyczyny katastrofy, natomiast trzeba by się szczegółowo zapoznać z tymi wszystkimi okolicznościami, które mówią o pośrednich przyczynach. Natomiast te bezpośrednie przyczyny wyjaśnia w sposób logiczny"(za interia.pl). Praktycznie rzecz biorąc, nic dodać, nic ująć.

- reakcje w Polsce. Chodzi głównie o reakcje polityczne. Dziwacznie zachowuje się strona rządowa (premier przerywa urlop?!? - to już jest jakaś groteska). Płk Klich, minister Miller raz mówią to, raz tamto. Brak koordynacji, chęć dokonania jakiegoś sztubackiego rewanżu na MAK-u (słowa Klicha o atmosferze na wieży, Miller mówi o nieoficjalnie zdobytych nagraniach z tejże). Poseł Kłopotek czuje się uderzony w twarz (?!?). Cóż, liczyli chyba na inne rozłożenie odpowiedzialności przez MAK, a tak, niezależnie od pewnego, naturalnego w takich sytuacjach, naginania w wykonaniu tej instytucji, okazało się, że rząd nie jest bez winy, przynajmniej w takim sensie, że sprawuje nadzór nad wojskiem i firmuje istniejący tam, jak się okazuje, totalny chaos i bałagan. O ile zachowania strony rządowej rażą, o tyle reakcja "prawdziwych patriotów" z PiS, Torunia et consortes ani nie razi, ani nie dziwi. To polityczna paranoja, mentalna patologia i psychoza depresyjno-maniakalna. Całkowicie przewidywalna i spodziewana. Przecież jest zupełnie oczywistym, że bez względu na to, jaki by raport MAK nie był, środowiska te uderzyłyby w te same dzwony, przesycone słowami "hańba", "skandal". "kpina". Dziś (13.01.11) Nasz Dziennik głosi "kłamstwo smoleńskie", a czyż praktycznie przez cały czas od 11 kwietnia o tym nie mówiono i nie pisano bez raportu MAK?

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ich uzależnienie od Rosji jest w istocie kwestią ich politycznego być albo nie być. Bez Rosji straciliby rację politycznej egzystencji. Ludzie ci zaiste nie mają nie tylko nic do powiedzenia i zaoferowania w dziedzinie poważnej polityki państwowo-narodowej, ale nie mają o niej po prostu elementarnego pojęcia. To nie wyrosłe z młodzieńczych rojeń dorosłe dzieci. Ich stosunek do państwowości polskiej, do polityki międzynarodowej, jest głęboko zawstydzający i żenujący. Nadto, środowiska te nie mają także nic do zaproponowania w polityce wewnętrznej, więc lepiej pogrążać się w orgiach spisków i pseudomistycznej, skrajnej rusofobii. Napawa grozą wyobrażenie, że ludzie ci mogliby wrócić w Polsce do władzy... Nie należy jednak sądzić, że to wszystko jedynie paranoicy. Jest takich wielu, ale poważna część to polityczni gracze celowo, z premedytacją utrzymujący i podtrzymujący wśród swoich zwolenników i w debacie publicznej irracjonalną antyrosyjską histerię (nawiasem mówiąc, ponoszą oni, obok odpowiedzialności politycznej, wielką odpowiedzialność moralną za doprowadzenie wielu ludzi na skraj załamania nerwowego).Nie łudźmy się, że to tylko nasza sprawa wewnętrzna. Dla służb specjalnych wielu krajów podkręcanie Polaków przeciwko Rosji stało się niemal tradycją. Jak pisał Dmowski (Zagadnienie główne, 1922): "sprzyja im nieruchomość duchowa społeczeństwa, które ciągle nie posiada jeszcze psychologji narodu wolnego, niezawisłego, ale tak na różne sprawy reaguje, jak gdyby żyło jeszcze w czasach niewoli i ucisku. Sprzyja im też rozwinięta szeroko u nas skłonność do robienia patrjotyzmu możliwie najtańszym kosztem. A cóż mniej dziś kosztuje, jak szczucie na Moskala". Niestety, słowa te pozostają aktualne i dziś. To, co nastąpiło po katastrofie smoleńskiej cofnęło nas, jako Polskę, politycznie o wiele dekad. Praca wykonana, jednak w znacznym stopniu w kierunku narodowym, w latach po upadku AWS poszła na marne. Edukację polityczną trzeba zaczynać od początku.