Rocznica ważnego zwycięstwa
Dodane przez Adam Smiech dnia Sierpień 16 2010 18:00:41

Mija 90 lat od polskiego zwycięstwa nad Bolszewikami w sierpniu 1920 roku. Ktoś powie - znowu rocznica, znowu ponure miny, znowu opłakiwanie, znowu napuszona powaga. Byłoby w tym stwierdzeniu wiele racji, to fakt. Niestety, w Polsce, praktycznie od narodzenia nowoczesnej tradycji upamiętniania rocznic (zabory i zwłaszcza okres po 1918 r.), kontrolę nad ich organizacją przejęli ludzie niewłaściwi. Ludzie, których sposób myślenia można nazwać mentalnością obchodowo-rocznicową. Charakterystyczne dla nich jest (a pomijam tu cały aspekt polityczno-towarzyski, lokalnych koterii i układzików, tych, co chcą się pokazać w pierwszej ławce w kościele itd.) czczenie przede wszystkim tych wydarzeń, które związane są ściśle z klęskami Polski, ze zbrodniami popełnionymi na Polakach itd. Co więcej, także rocznicom zwycięstw nadawany jest rys martyrologiczny, poprzez chociażby wspominanie przy ich okazji klęsk... Uroczystości odbywają się w nieznośnej atmosferze patosu, przemówienia rażą, czasem wręcz odrzucają, nadętym hurrapatriotyzmem. I najważniejsze - przesycenie treści niby-narodową mitologią. Mity, legendy, konfabulacje to potężny problem polskiego życia, przede wszystkim negatywnie odbijający się na świadomości narodowej i historycznej każdego, choć w minimalnym stopniu, zainteresowanego historią własnego kraju Polaka. A nie jest to wyłącznie problem przeszłości. W sposób oczywisty, sposób widzenia i podawania społeczeństwu historii Polski wpływa na teraźniejszość i na przyszłość. Wiedzą o tym organizatorzy uroczystości i w ten sposób wpływają na swoich odbiorców. Skłamałbym, gdybym pragnął dowodzić, ze Ruch Narodowy wolny jest od takich ludzi, od takich zachowań. Bynajmniej. Szczególnie widać było panowanie zjawiska obrzędowo-rocznicowego na emigracji. Czy krytyka zjawiska i mentalności oznacza, że nowoczesny Ruch Narodowy powinien odrzucić w ogóle wspominanie rocznic? Bynajmniej. Pogląd Feliksa Konecznego, zniechęconego do jemu współczesnych, rozmaitych obchodów, a postulujący likwidację uroczystości finansowanych z publicznych pieniędzy i ograniczenie ich do prywatnej organizacji i sponsoringu, choć nie sposób odmówić mu słuszności, wydaje się być na chwilę obecną w Polsce nie do przeprowadzenia. Idzie więc o to, żeby zmienić mentalność, a przez to i metodę mówienia o historii. Zamiast swoistego "kanonizowania" klęsk* (których w konsekwencji nie wolno nawet krytykować jako wydarzeń historycznych!), powinniśmy zacząć mówić o nich spokojnie, zachęcać do myślenia, proponować własne wnioski i prowokować do ich wyciągania innych. Bez aksjomatów pseudopatriotycznego mistycyzmu, bez zacietrzewienia, bez drżących rąk. Nie oznacza to szargania świętości, ale oznacza, i to pragnę podkreślić ze stanowczością, brak zgody, sprzeciw wobec praktyki ustanawiania "świętościami" klęsk i mitów. Tytułem przykładu, nie może godzić się na kanonizowanie zbrodni dokonanej na Warszawie i jej ludności przez fatalnych polityków i wojskowych odpowiedzialnych za wzniecenie powstania warszawskiego, ale nie wolno też akceptować panowania bezrozumnych mitów, uwłaczających zdrowemu rozsądkowi idolatrii. Obecnie mamy do czynienia w Polsce z trzema kultami jednostki. Jeden, to przeżywający fazę wyciszenia kult Jana Pawła II, drugi, to budowany tu i teraz, na naszych oczach, kult Lecha Kaczyńskiego, wreszcie trzeci, najpotężniejszy i najgroźniejszy - kult i towarzyszący mu mit Józefa Piłsudskiego. Mitem Piłsudskiego żywi się, jak życiodajnym płynem rusofobiczna kasta polityczna w Polsce. Opatrznościowy mąż, wskrzesiciel Ojczyzny, wielki zwycięzca wojenny, organizator państwa - jednym słowem - wielki (nad)człowiek (jeden z przedwojennych, grafomańskich panegiryków nosi tytuł "Polski Betlejemie", sugerując... mesjański i boski charakter osoby Piłsudskiego), wymykający się ocenom zwykłych śmiertelników, ba, heros, którego oceniać nie wolno (vide przedwojenna ustawa o ochronie czci JP, którą po 89 r. chciał przywrócić KPN). Postać, której stopień wojskowy profesorowie zwyczajni piszą przez duże "M" (choć, dajmy na to, o Bolesławie Chrobrym, czy Władysławie Jagielle nie ma w zwyczaju pisać przez duże "K"). Jak wielokrotnie o tym pisaliśmy, mit Piłsudskiego zdominował polskie spojrzenie na historię po 89 r. Nie tylko powszechnie panuje w przekazie publicznym (uroczystości państwowe, samorządowe, media publiczne i prywatne), ale stał się też mitem własnym polskiej prawicy w ostatnim 20-leciu. Pomimo takiej skali zwycięstwa, będziemy z tym mitem walczyć - walczyć metodami pokojowymi, spokojnym wykładem prawdy, która z pewnością dotrze do umysłów otwartych na argumenty i chęć poznania.
Po co tak długi wstęp do upamiętnienia 90-tej rocznicy Bitwy Warszawskiej? Czy to potrzebne? Tak, zwłaszcza, gdy zauważymy jak wielką rolę pełni w micie Piłsudskiego Bitwa Warszawska i jak bardzo w tym elemencie mit rozchodzi się z prawdą, z rzeczywistością.


* - Ważne wyjaśnienie – ludobójstwo wołyńskie i małopolskie dokonane na Polakach przez banderowców z przypadłościami jest klęską. Nie należy jednak do kategorii, o której mówimy. Co więcej, jest z powodów politycznych wyrzucane poza nawias dyskursu historycznego w Polsce, poza nawias pamięci. Dzieje się tak w imię pryncypiów polityki prometejskiej oraz w interesie współczesnych banderowców, z których prometejczycy najchętniej uczyniliby „sojuszników” Polski. Z naszej strony nie chodzi tutaj więc o rozpamiętywanie masakry, ale o wiedzę, o właściwe, godne miejsce dla tej tragedii w narodowej pamięci oraz o bardzo teraźniejszą przestrogę przed podejmowaniem współpracy z bandą morderców.


Czytaj całość...
Rozszerzona zawartość newsa

Mija 90 lat od polskiego zwycięstwa nad Bolszewikami w sierpniu 1920 roku. Ktoś powie - znowu rocznica, znowu ponure miny, znowu opłakiwanie, znowu napuszona powaga. Byłoby w tym stwierdzeniu wiele racji, to fakt. Niestety, w Polsce, praktycznie od narodzenia nowoczesnej tradycji upamiętniania rocznic (zabory i zwłaszcza okres po 1918 r.), kontrolę nad ich organizacją przejęli ludzie niewłaściwi. Ludzie, których sposób myślenia można nazwać mentalnością obchodowo-rocznicową. Charakterystyczne dla nich jest (a pomijam tu cały aspekt polityczno-towarzyski, lokalnych koterii i układzików, tych, co chcą się pokazać w pierwszej ławce w kościele itd.) czczenie przede wszystkim tych wydarzeń, które związane są ściśle z klęskami Polski, ze zbrodniami popełnionymi na Polakach itd. Co więcej, także rocznicom zwycięstw nadawany jest rys martyrologiczny, poprzez chociażby wspominanie przy ich okazji klęsk... Uroczystości odbywają się w nieznośnej atmosferze patosu, przemówienia rażą, czasem wręcz odrzucają, nadętym hurrapatriotyzmem. I najważniejsze - przesycenie treści niby-narodową mitologią. Mity, legendy, konfabulacje to potężny problem polskiego życia, przede wszystkim negatywnie odbijający się na świadomości narodowej i historycznej każdego, choć w minimalnym stopniu, zainteresowanego historią własnego kraju Polaka. A nie jest to wyłącznie problem przeszłości. W sposób oczywisty, sposób widzenia i podawania społeczeństwu historii Polski wpływa na teraźniejszość i na przyszłość. Wiedzą o tym organizatorzy uroczystości i w ten sposób wpływają na swoich odbiorców. Skłamałbym, gdybym pragnął dowodzić, ze Ruch Narodowy wolny jest od takich ludzi, od takich zachowań. Bynajmniej. Szczególnie widać było panowanie zjawiska obrzędowo-rocznicowego na emigracji. Czy krytyka zjawiska i mentalności oznacza, że nowoczesny Ruch Narodowy powinien odrzucić w ogóle wspominanie rocznic? Bynajmniej. Pogląd Feliksa Konecznego, zniechęconego do jemu współczesnych, rozmaitych obchodów, a postulujący likwidację uroczystości finansowanych z publicznych pieniędzy i ograniczenie ich do prywatnej organizacji i sponsoringu, choć nie sposób odmówić mu słuszności, wydaje się być na chwilę obecną w Polsce nie do przeprowadzenia. Idzie więc o to, żeby zmienić mentalność, a przez to i metodę mówienia o historii. Zamiast swoistego "kanonizowania" klęsk* (których w konsekwencji nie wolno nawet krytykować jako wydarzeń historycznych!), powinniśmy zacząć mówić o nich spokojnie, zachęcać do myślenia, proponować własne wnioski i prowokować do ich wyciągania innych. Bez aksjomatów pseudopatriotycznego mistycyzmu, bez zacietrzewienia, bez drżących rąk. Nie oznacza to szargania świętości, ale oznacza, i to pragnę podkreślić ze stanowczością, brak zgody, sprzeciw wobec praktyki ustanawiania "świętościami" klęsk i mitów. Tytułem przykładu, nie może godzić się na kanonizowanie zbrodni dokonanej na Warszawie i jej ludności przez fatalnych polityków i wojskowych odpowiedzialnych za wzniecenie powstania warszawskiego, ale nie wolno też akceptować panowania bezrozumnych mitów, uwłaczających zdrowemu rozsądkowi idolatrii. Obecnie mamy do czynienia w Polsce z trzema kultami jednostki. Jeden, to przeżywający fazę wyciszenia kult Jana Pawła II, drugi, to budowany tu i teraz, na naszych oczach, kult Lecha Kaczyńskiego, wreszcie trzeci, najpotężniejszy i najgroźniejszy - kult i towarzyszący mu mit Józefa Piłsudskiego. Mitem Piłsudskiego żywi się, jak życiodajnym płynem rusofobiczna kasta polityczna w Polsce. Opatrznościowy mąż, wskrzesiciel Ojczyzny, wielki zwycięzca wojenny, organizator państwa - jednym słowem - wielki (nad)człowiek (jeden z przedwojennych, grafomańskich panegiryków nosi tytuł "Polski Betlejemie", sugerując... mesjański i boski charakter osoby Piłsudskiego), wymykający się ocenom zwykłych śmiertelników, ba, heros, którego oceniać nie wolno (vide przedwojenna ustawa o ochronie czci JP, którą po 89 r. chciał przywrócić KPN). Postać, której stopień wojskowy profesorowie zwyczajni piszą przez duże "M" (choć, dajmy na to, o Bolesławie Chrobrym, czy Władysławie Jagielle nie ma w zwyczaju pisać przez duże "K"). Jak wielokrotnie o tym pisaliśmy, mit Piłsudskiego zdominował polskie spojrzenie na historię po 89 r. Nie tylko powszechnie panuje w przekazie publicznym (uroczystości państwowe, samorządowe, media publiczne i prywatne), ale stał się też mitem własnym polskiej prawicy w ostatnim 20-leciu. Pomimo takiej skali zwycięstwa, będziemy z tym mitem walczyć - walczyć metodami pokojowymi, spokojnym wykładem prawdy, która z pewnością dotrze do umysłów otwartych na argumenty i chęć poznania.
Po co tak długi wstęp do upamiętnienia 90-tej rocznicy Bitwy Warszawskiej? Czy to potrzebne? Tak, zwłaszcza, gdy zauważymy jak wielką rolę pełni w micie Piłsudskiego Bitwa Warszawska i jak bardzo w tym elemencie mit rozchodzi się z prawdą, z rzeczywistością. Przecież to, co oficjalnie mówi się o roli Piłsudskiego w Bitwie, zwłaszcza zaś to, co na ten temat piszą jego wyznawcy, to najczystsza, kliniczna konfabulacja! Kłamstwo na kłamstwie i kłamstwem pogania. Dlatego trzeba pisać prawdę, choćby funkcjonowała ona jedynie na marginesie, gdyż nawet tam ma szansę zostać zauważona. Zwróćmy wobec tego uwagę na kilka ważnych spraw związanych z tematyką wojny 1920 r., które nie funkcjonują w powszechnej świadomości:

- wojna 1920 z Rosją bolszewicką została sprowokowana przez tzw. Wyprawę kijowską Piłsudskiego, która nie była niczym innym jak zaprzęgnięciem sił i środków ledwo co powstałego państwa polskiego w rydwan prywatnej polityki Piłsudskiego obliczonej na realizację jego tzw. Idei federacyjnej, czyli głównie dążenia do zbudowania niepodległej Ukrainy. Idea ta, oderwana od rzeczywistości i merytorycznie błędna, nie miała żadnych szans na realizację.

- bolszewicy jako śmiertelni wrogowie państwa polskiego to pośrednio wytwór polityki Piłsudskiego. Odmówił on udzielenia pomocy białemu gen. Denikinowi, jednocześnie zapewniając bolszewików o tym fakcie. W ten sposób mogli oni skoncentrować swoje siły na walce z Denikinem i pokonać go nie obawiając się polskiej pomocy dla białych. Piłsudski nienawidził białej Rosji bardziej niż czerwonej. Z jakichś powodów zwolennicy jego mitu twierdzą, że rzekomo biała Rosja stanowiłaby dla Polski większe zagrożenie (jest to teza nie do udowodnienia, przeciwnie, Denikin zwycięski borykałby się z tak potężnym chaosem i opozycja wewnętrzną, że spodziewanie się z jego strony realizacji pustych w istocie - wobec polskich faktów dokonanych - haseł o granicach Rosji).

- główna chwała za zwycięstwo należy się tej większości narodu i armii, która nie straciła ducha i stanęła do śmiertelnej walki pod Warszawą. Na indywidualne wyróżnienie zasługują: twórca planów Bitwy i ich wykonawca gen. Tadeusz Jordan-Rozwadowski, szef sztabu generalnego WP, jego sztabowcy, gen. gen. Władysław Sikorski i Józef Haller, premier Wincenty Witos z rządem i wielu innych.

- Piłsudski po klęskach na froncie załamał się. 6 sierpnia 1920 r. przyjął do wykonania plan bitwy przedstawiony przez gen. Rozwadowskiego, plan, którego założeń nie rozumiał i w którego powodzenie nie wierzył. Piłsudski nie podpisał się tym planie.

- 9/10 sierpnia Piłsudski przyjął do wiadomości (do wykonania; potwierdził to swoim podpisem) zmodyfikowany plan bitwy wydany jako rozkaz nr 10000.

- 12 sierpnia Piłsudski wręczył Witosowi akt dymisji ze stanowiska zarówno Naczelnika Państwa jak i Naczelnego Wodza po czym wyjechał z Warszawy. Akt dymisji był podyktowany chęcią uniknięcia odpowiedzialności za ewentualna klęskę, gdyby plan Rozwadowskiego nie wypalił. Do 15 sierpnia nie wydał żadnego rozkazu.

- w dniach 12-15 przebywał m.in. w Bobowej pod Tarnowem (gdzie w majątku Wieniawy-Długoszowskiego przebywała jego ówczesna kochanka i matka nieślubnych córek - Aleksandra Szczerbińska) oraz brał udział w uroczystościach Chrztu Św. w Puławach. W tym czasie nastąpiło przesilenie bitwy, w której Piłsudski w istocie nie uczestniczył, ani tym bardziej nią nie dowodził.

- Bitwa Warszawska rozstrzygnęła się na północy, którędy atakowały główne siły bolszewickie. Piłsudski opóźnił swoje uderzenie znad Wieprza, czym spowodował utratę szans przez Wojsko Polskie na całkowite oblężenie i zniszczenie armii bolszewickich.

- w późniejszej bitwie niemeńskiej Piłsudski przeforsował swój plan, utrudniając sytuację wojskom polskim, a chcąc uchronić Litwę przed zasłużoną karą za sojusz z bolszewikami i zabór polskiego Wilna

Tyle w telegraficznym skrócie. Już na pierwszy rzut oka widać jaka przepaść dzieli prawdę i mit. Tym bardziej przepaść tę należy zasypywać. Na korzyść prawdy oczywiście.


* - Ważne wyjaśnienie – ludobójstwo wołyńskie i małopolskie dokonane na Polakach przez banderowców z przypadłościami jest klęską. Nie należy jednak do kategorii, o której mówimy. Co więcej, jest z powodów politycznych wyrzucane poza nawias dyskursu historycznego w Polsce, poza nawias pamięci. Dzieje się tak w imię pryncypiów polityki prometejskiej oraz w interesie współczesnych banderowców, z których prometejczycy najchętniej uczyniliby „sojuszników” Polski. Z naszej strony nie chodzi tutaj więc o rozpamiętywanie masakry, ale o wiedzę, o właściwe, godne miejsce dla tej tragedii w narodowej pamięci oraz o bardzo teraźniejszą przestrogę przed podejmowaniem współpracy z bandą morderców.