Wyborczy komentarz
Dodane przez Adam Smiech dnia Czerwiec 24 2010 05:07:57

Znamy wyniki wyborów prezydenckich. Dla porządku - kandydaci otrzymali następujące poparcie, przy frekwencji 54,8 %:

- Bronisław Komorowski - 41,54 %

- Jarosław Kaczyński - 36,46 %

- Grzegorz Napieralski - 13,68 %

- Janusz Korwin-Mikke - 2,48 %

- Waldemar Pawlak - 1,75 %

- Andrzej Olechowski - 1,44 %

- Andrzej Lepper - 1,28 %

- Marek Jurek - 1,06 %

- Bogusław Ziętek - 0,18 %

- Kornel Morawiecki - 0,13 %

Są to wyniki przygnębiające. Dwóch głównych kandydatów uzyskało 78 %, a dodając G. Napieralskiego, nawet 91,68 % głosów! Kolejny krok ku układowi dwubiegunowemu został uczyniony. Tak naprawdę o to tu chodzi - aby scena polityczna w Polsce została ostatecznie opanowana przez wywodzące się z tego samego pnia siły polityczne, niby różniące się, niby ideowo skonfliktowane. W ten sposób, za fasadą niby demokracji, tworzy się układ stały, którego w pewnym momencie nie będzie już można ruszyć. Tak stało się w krajach Zachodu, tak stanie się i u nas. Pół biedy jeśli, tak jak na Zachodzie, układ tego rodzaju służy utrwaleniu jednej polityki państwowej, korzystnej dla danego kraju. Co innego u nas, gdzie - co jest ewenementem na skalę światową (pomijam oczywiście kraje egzotyczne) - siły polityczne mające układ dwubiegunowy stworzyć, odwołują się jednako do samobójczych tradycji polityki z czasów niewoli, rojąc na ich podstawie "koncepcje" polityczne jawnie niebezpieczne dla państwa i narodu. Co gorsza, ludzie to kupili. Zawsze utyskiwaliśmy na upadek myślenia politycznego w Polsce, ale jeśli spojrzeć choćby na ostatnie dziesięciolecie, to dzisiaj sytuacja jest nieporównywalnie gorsza od tej chociażby z lat 2002-2005, kiedy silne LPR i Samoobrona były poważnym czynnikiem na scenie politycznej, i, najważniejsze, dość istotnie różniącym się od pozostałych. Polityczne gangsterstwo i nieudolność liderów tych ugrupowań doprowadziły do ich likwidacji na własne (a przy okazji w interesie obcych) życzenie. Do czego doszliśmy? Do tego, że dzisiaj mamy kontrkandydatów Bronisława Komorowskiego i Jarosława Kaczyńskiego, którzy wywodzą się dokładnie z tej samej tradycji politycznej (prometeizm, romantyzm, Piłsudski, Giedroyc, rusofobia), a nawet organizacyjnej (obaj byli związani z opozycją, Komorowski z ROPCiO, Kaczyński z KOR-em; potem Solidarność i styropian). Podobnie jest z ich zapleczem politycznym. Powtórzę, co pisałem już wielokrotnie o tej sytuacji. Różnica między nimi polega na tym, że jedni traktują ową spuściznę po części jako dobre hasło reklamowe, w istocie - z wyrachowania, bądź z przekonania, że tzw. nowoczesność tego wymaga - rozchodząc się z jej wskazaniami, przy czym, często nie porzucając nawet haseł! Drudzy zaś, bądź traktują ideowe dziedzictwo śmiertelnie poważnie, w kategoriach mistycznych, bądź, przynajmniej, czynią tak nie z własnego przekonania, ale wychodząc naprzeciw oczekiwaniom elektoratu, który zresztą w tym kierunku urabiają!

Czytaj całość...
Rozszerzona zawartość newsa

Znamy wyniki wyborów prezydenckich. Dla porządku - kandydaci otrzymali następujące poparcie, przy frekwencji 54,8 %:

- Bronisław Komorowski - 41,54 %

- Jarosław Kaczyński - 36,46 %

- Grzegorz Napieralski - 13,68 %

- Janusz Korwin-Mikke - 2,48 %

- Waldemar Pawlak - 1,75 %

- Andrzej Olechowski - 1,44 %

- Andrzej Lepper - 1,28 %

- Marek Jurek - 1,06 %

- Bogusław Ziętek - 0,18 %

- Kornel Morawiecki - 0,13 %

Są to wyniki przygnębiające. Dwóch głównych kandydatów uzyskało 78 %, a dodając G. Napieralskiego, nawet 91,68 % głosów! Kolejny krok ku układowi dwubiegunowemu został uczyniony. Tak naprawdę o to tu chodzi - aby scena polityczna w Polsce została ostatecznie opanowana przez wywodzące się z tego samego pnia siły polityczne, niby różniące się, niby ideowo skonfliktowane. W ten sposób, za fasadą niby demokracji, tworzy się układ stały, którego w pewnym momencie nie będzie już można ruszyć. Tak stało się w krajach Zachodu, tak stanie się i u nas. Pół biedy jeśli, tak jak na Zachodzie, układ tego rodzaju służy utrwaleniu jednej polityki państwowej, korzystnej dla danego kraju. Co innego u nas, gdzie - co jest ewenementem na skalę światową (pomijam oczywiście kraje egzotyczne) - siły polityczne mające układ dwubiegunowy stworzyć, odwołują się jednako do samobójczych tradycji polityki z czasów niewoli, rojąc na ich podstawie "koncepcje" polityczne jawnie niebezpieczne dla państwa i narodu. Co gorsza, ludzie to kupili. Zawsze utyskiwaliśmy na upadek myślenia politycznego w Polsce, ale jeśli spojrzeć choćby na ostatnie dziesięciolecie, to dzisiaj sytuacja jest nieporównywalnie gorsza od tej chociażby z lat 2002-2005, kiedy silne LPR i Samoobrona były poważnym czynnikiem na scenie politycznej, i, najważniejsze, dość istotnie różniącym się od pozostałych. Polityczne gangsterstwo i nieudolność liderów tych ugrupowań doprowadziły do ich likwidacji na własne (a przy okazji w interesie obcych) życzenie. Do czego doszliśmy? Do tego, że dzisiaj mamy kontrkandydatów Bronisława Komorowskiego i Jarosława Kaczyńskiego, którzy wywodzą się dokładnie z tej samej tradycji politycznej (prometeizm, romantyzm, Piłsudski, Giedroyc, rusofobia), a nawet organizacyjnej (obaj byli związani z opozycją, Komorowski z ROPCiO, Kaczyński z KOR-em; potem Solidarność i styropian). Podobnie jest z ich zapleczem politycznym. Powtórzę, co pisałem już wielokrotnie o tej sytuacji. Różnica między nimi polega na tym, że jedni traktują ową spuściznę po części jako dobre hasło reklamowe, w istocie - z wyrachowania, bądź z przekonania, że tzw. nowoczesność tego wymaga - rozchodząc się z jej wskazaniami, przy czym, często nie porzucając nawet haseł! Drudzy zaś, bądź traktują ideowe dziedzictwo śmiertelnie poważnie, w kategoriach mistycznych, bądź, przynajmniej, czynią tak nie z własnego przekonania, ale wychodząc naprzeciw oczekiwaniom elektoratu, który zresztą w tym kierunku urabiają!

Zagadką jest skala rzeczywistego poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego. W ostatnich wyborach do Sejmu ludzie głosowali przeciw PiS, czym zaciemnili obraz faktycznego poparcia PO, tym razem, duża część, którą oceniam na 10-15 % głosujących, poparła z kolei Jarosława Kaczyńskiego pod wpływem współczucia po tragedii smoleńskiej. Dowodem na takie zachowanie wyborców jest także fantastyczny (270 tys. głosów) wynik p. Alicji Zając, wdowy po Stanisławie Zającu, który zginął w katastrofie Tu-154, w wyborach uzupełniających do Senatu (chociaż nie przekłada się on wprost na wynik J.K., gdyż p. Zając nie miała konkurentów w swoim okręgu).

Zaskakująco dobrze wypadł w tych wyborach Grzegorz Napieralski. SLD zdawało się być partią powoli schodzącą ze sceny politycznej, jednak w tej chwili, znakomity wynik jej kandydata, każe spojrzeć na sytuację odmiennie. Skąd ten sukces? Odpowiadają zań różne czynniki, z których najważniejsze to moim zdaniem, powrót Leszka Millera, z czym niewątpliwie wiążę się porzucenie przez Napieralskiego w tej kampanii języka konfrontacji, nie tylko z przeciwnikami politycznymi, ale także, a może przede wszystkim, z Kościołem, porzucenie haseł agresywnie feministycznych i wychodzących naprzeciw środowiskom homoseksualnym (co jest dobre na Zachodzie, ale w Polsce, jak do tej pory, daje poparcie marginalne, zaś więcej głosów może zabrać). To fakt, że Napieralski akcentował sprawę in vitro, ale jest to akurat sprawa, w której wielu Polaków nie podziela stanowiska Kościoła. W polityce zagranicznej wypowiedział się za szukaniem przyjaciół wśród sąsiadów, wymieniając Rosję na pierwszym miejscu, czym wyróżnił się spośród kandydatów biorących udział w debacie w telewizji publicznej. Zatem 13,68 % poparcia to wielki sukces Napieralskiego, ale czy SLD? Jeśli partia wróci do agresywnej retoryki, która nie cieszy się poparciem nawet u zwolenników lewicy (ale tej w starym stylu), sukces jej kandydata przełoży się co najwyżej na 7-10 % wynik w wyborach do Sejmu. Partia będzie wówczas, jak do tej pory, jedynie języczkiem u wagi u boku możnych PO i PiS (podobnie jak Partia Liberalna w Wielkiej Brytanii wobec Konserwatystów i Partii Pracy).

Wielkim przegranym tych wyborów jest Waldemar Pawlak i PSL. Pisze o tym z przykrością, gdyż był to kandydat najbardziej konkretny, najbardziej pragmatycznie nastawiony do rzeczywistości, przy tym ten, na którego sam oddałem głos. Można zarzucać PSL obrotowość, ale nie sposób też nie doceniać jego pozytywnej roli w rządzie Tuska, zwłaszcza w polityce zagranicznej. Porażka może też oznaczać wewnętrzne osłabienie Pawlaka w partii, a to również niedobrze, gdyż reprezentował on skrzydło mające wyraziste poglądy na historię Polski, antypiłsudczykowskie (pamięć o ofiarach zamachu majowego, walka o rehabilitację prawną Witosa) i potrafiące głośno mówić o banderowskim ludobójstwie na Kresach. Jak pokazuje przykład byłych PSL-owców - J. Wojciechowskiego i Z. Kuźmiuka - nuta antyrosyjska i pójście pod sztandarami piłsudczyzny, nie jest wykluczone. Wynik Pawlaka pogarsza sytuację PSL przed wyborami parlamentarnymi, nawet jeśli, jak niektórzy twierdzą, słaby wynik to efekt odwrócenia się PSL od własnego kandydata. Jeśli balansuje się na krawędzi progu wyborczego, takie wewnętrzne "zabawy" mogą drogo kosztować.

Pozostali kandydaci otrzymali poparcie marginalne. Żaden z nich nie był kandydatem narodowym. Pomijając niuanse oraz tradycyjny liberalizm Janusza Korwin-Mikkego, ich propozycje programowe mieściły się w zakresie propozycji kandydatów głównych.

Frekwencję należy ocenić jako wysoką. Nie należy mieć złudzeń, co do tych 45 % wyborców, którzy nie poszli na wybory w ogóle. Podejrzewam, że świadomie bojkotujących było góra 3-4 %, pozostałych, po prostu, polityczny los Polski nic nie obchodzi. Przez długie lata środowiska pozaparlamentarne żyły mitem, że ci wyborcy stanowią (a przynajmniej mogą stanowić) ich elektorat. Był to i jest niestety, tylko mit. Nie miejsce tu na analizę przyczyn zjawiska narodowej obojętności, niemniej, jest ona faktem. Ci, którzy poszli wybrali jak wybrali. Możemy się na to zżymać, możemy utyskiwać, złorzeczyć, ale rzeczywistości tym nie zaklniemy. Taki jest dzisiaj obraz narodu polskiego.

Jak na to wszystko spojrzeć z oświetlenia narodowego? Jak ustosunkować się do przyszłości, tej bliższej i tej dalszej? Wyrażałem poniższy pogląd już kilka razy, tak w tekstach publicystycznych jak i w dyskusjach, ale powtórzę go jeszcze raz. Widzę dla Ruchu Narodowego w najbliższych latach dużą szansę, ale pod warunkiem, że my, do Ruchu i Myśli Narodowej się przyznający, zmienimy metodę walki, porzucając dotychczasowe formy, a to nie przystające już do rzeczywistości, jak próby organizowania ad hoc pospolitego ruszenia, rozmieniania się na drobne w wyborach, albo zwyczajnie błędne w samym założeniu, jak tkwienie w ogonie, na marginesie politycznym piłsudczyzny. Walkę o duszę prostego (broń Boże, nie w znaczeniu pejoratywnym!) Polaka, przegraliśmy z piłsudczyzną w sposób bezdyskusyjny. Kościół, w okresie międzywojennym nasz duchowy sojusznik, a nierzadko również sojusznik praktyczny w walce z polityką sanacji i kultem marszałka, dziś nie tylko nie zajmuje pozycji choćby neutralnej, ale wręcz silnie wspiera prymitywną, a co najważniejsze, nieprawdziwą wizję historii Polski, w której wszystko zawdzięczamy Piłsudskiemu, przedstawianemu coraz częściej jako wielki katolik i wyznawca(!?). Logiczną konsekwencją tej zawstydzającej idolatrii jest swoiste "uświęcenie" walki z Rosją jako dogmatu narodowej wiary. OZON-owy pomysł na ruch masowy, święci triumfy dziś, w 70 lat po swoim narodzeniu. Z tą różnica jednak, że przed wojną próbowano obudować go ideologią, dziś zaś jest oparty na fundamencie pustych haseł-fetyszy, nie poddawanych pod dyskusję, ale podawanych jako aksjomaty do wierzenia. Stąd, nasza droga musi być inna. Powinien powstać ośrodek myśli, taki narodowy trust mózgów, w formie instytutu, czy fundacji, który tworzyłby opracowania dotyczące polityki zagranicznej i wewnętrznej, wysyłał je do wszelkiego rodzaju organów władzy, do każdego, kto tę władzę sprawuje lub sprawował będzie. Obok instytucji, konieczna także jak najszerzej rozumiana działalność, nazwijmy ją po prostu oświatową, w duchu narodowym, jak największej liczby środowisk i osób prywatnych.

Rządzą nami i rządzić będą w najbliższym czasie ludzie ideowo nam obcy, jednak samą negacją ich działań, do niczego nie dojdziemy. Na tym musi właśnie polegać zmiana jakościowa - zamiast negacji, emanacja pozytywnego programu narodowego. Negacja, ale także przycupnięcie na marginesie tej lub innej partii obcej nam ideowo, w formie żyjącej przeszłością grupy obrzędowo-rocznicowej, to droga do nikąd. Twórcy Ruchu Narodowego wyrośli w orbicie wpływów ideologii powstańczej, pozytywistycznej, socjalistycznej, w atmosferze agnostycznej. A jednak potrafili wyzwolić się od tych wpływów i samemu stworzyć coś nowego, i tak niezwykle twórczego jak RN i jego Myśl, potrafili przyciągać innych Polaków, którzy błądzili. Dziś musimy czynić to samo, wychodząc do każdego - i do ludzi PO, i do PiS, i do SLD, do wierzących i niewierzących. Nie będzie to droga łatwa, przeciwnie, wymagać będzie skonsolidowanego, konsekwentnego wysiłku obliczonego na lata, ale też nie beznadziejna. Pamiętajmy, że Dmowski wychodził z programem prorosyjskim w warunkach nie tylko zaboru, ale i często brutalnej i prymitywnej rusyfikacji!

To program na przyszłość. Tymczasem, przed nami druga tura wyborów prezydenckich. Jest dla mnie rzeczą oczywistą, że nie wolno dopuścić do wyboru na stanowisko prezydenta RP p. Jarosława Kaczyńskiego. Niech pozory nie zwodzą! Jest to polityk poważny, który z całą pewnością nie odstąpi od swoich, silnie ugruntowanych poglądów. Jego program, to prometeizm na wschodzie wyrażający się budowaniem utopii państw buforowych i pragnieniem rozbicia Rosji oraz, patrząc w drugą stronę, w istocie brak wiary w posiadająca własny pomysł na świat Polskę, wyrażający się w propozycji oddania Jej "pod opiekę" światowego obozu żydowskiego i anglosaskiej, deistycznej masonerii. Zwłaszcza w perspektywie możliwego powrotu do władzy neokonserwatystów w USA, należy się tego bardzo poważnie obawiać. Czy to oznacza, że Bronisław Komorowski jest kandydatem, na którego oddanie głosu nie budzi wątpliwości? Nic podobnego! Więcej, nie mam zamiaru nikogo namawiać - niech każdy podejmie decyzję słuchając głosu sumienia a także, mam nadzieję, biorąc pod uwagę m.in. te uwarunkowania, które wskazałem wyżej. Jesteśmy w takim punkcie dziejów, że łatwych wyborów nie ma. Pozwolę sobie zakończyć to podsumowanie wyborów prezydenckich zdaniem wyrażonym przez jednego z moich ideowych przyjaciół, zdaniem, pod którym podpisuję się z całym przekonaniem - Bronisław hrabia Komorowski nie musi być naszym bohaterem ani kandydatem na króla. Wystarczy, że nie wetknie pod państwo polskie beczki prochu i nie podpali lontu. Otóż to!