Sprawa Alicji Tysiąc
Dodane przez Marzena Zawodzinska dnia Wrzesień 29 2009 23:47:34

Nie od dzisiaj wiadomo, że prawda w oczy kole. Wiadomo też, że mówienie niewygodnej prawdy powoduje reakcje obronne - wyparcie, obrażanie się. Ale żeby z tego powodu iść do sądu i jeszcze... wygrać? Coś takiego możliwe jest chyba tylko w dzisiejszym, pokręconym i zrelatywizowanym świecie. Bo skoro nie ma prawdy albo jest ona niepoznawalna, albo każdy ma swoją prawdę, to rzeczywiście powiedzieć komuś, że chciał zrobić coś złego, to znaczy obrazić go. Bo on uważa inaczej.



Czytaj więcej...
Rozszerzona zawartość newsa

Sprawa Alicji Tysiąc ciągle wzbudza wiele emocji. Wczoraj (poniedziałek) w programie Tomasza Lisa odbyła się kolejna dyskusja, w której starano się udowodnić wyższość jednych poglądów nad innymi. Źle się stało, że pozwolono wszystko sprowadzić do "poglądów". Oczywiście, każdy ma inne zdanie w tej kwestii, ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Liczą się fakty, a fakty są takie, że Alicja Tysiąc była w ciąży, a zatem spodziewała się narodzin dziecka. Sama przyznała w jednym z wywiadów, że gdyby miała wtedy 5 tysięcy, Julka by się nie urodziła. Czyli co by się z nią stało? Co by się stało z jej życiem płodowym? Życiem tego dziecka na wczesnym etapie rozwoju?
Prawda jest taka, że Alicja Tysiąc chciała zabić swoje dziecko, chciała, żeby się nie urodziło, tylko jej nie pozwolono. I dostała odszkodowanie za to, że nie mogła odwołać się do jakiegoś urzędnika, który nie znając wskazań medycznych, uznałby, że to jest jej podstawowe prawo. Prawo do nieurodzenia dziecka, które już istnieje, rozwija się, żyje. A żyje nie dlatego, że ktoś tak uważa, tylko dlatego, że tak jest. Wiara i światopogląd nie mają z tym nic wspólnego. A nazywanie tego, co zrobiła Alicja Tysiąc, po imieniu, nie jest wcale narzucaniem jej jakiegoś światopoglądu czy odbieraniem prawa do własnego. Ona może sobie myśleć, co chce. Niech jednak nie będzie zaskoczona konsekwencjami swoich czynów.

Nienarodzone dziecko, które wszak w świetle prawa może już dziedziczyć, powinno być pod ochroną państwa nie ze względu na wiarę, tylko dlatego, że prawo ma chronić życie niewinnych! Sprowadzanie wszystkiego do wiary, czy nawet określonej moralności, to w gruncie rzeczy manipulacja, mająca na celu udowodnienie, że niektórzy ludzie tą wiarą i moralnością kierować się nie muszą albo nawet nie mogą. A zatem prawo nie powinno ich do tego zmuszać... Tak właśnie zmienia się pojęcia, a za nimi paragrafy. Zabójstwo nienarodzonego dziecka przestaje być zabójstwem, bo jak stwierdziła obecna w programie Tomasza Lisa polonistka, to tylko metafora. Nie wiadomo, kogo chciała w ten sposób bronić. Może nawet tych "zaślepionych nienawiścią", w końcu skoro użyli tylko metafory...

Czy mówienie prawdy obraża Alicję Tysiąc? Niewątpliwie czuje się obrażona, jak każdy, komu się wytknie, że chciał zrobić coś złego. Ale czy ucierpiała na tym jej godność, jak twierdzą chociażby feministki? Obawiam się, że godności pozbawiła się sama, kiedy miała czelność wystąpić do trybunału, aby oskarżyć tych, którzy pozwolili narodzić się jej córce, kiedy upubliczniła całą sprawę. Kiedy wreszcie stała się narzędziem organizacji feministycznych, które dążą do liberalizacji prawa "aborcyjnego" i "pomagają" takim, jak ona, aby postawić rządzących w sytuacji bez wyjścia - albo liberalizacja, albo więcej takich Alicji Tysiąc. Przeciwników rozbraja się oskarżeniem o stosowanie "mowy nienawiści" - to też efekt pomieszania pojęć. Celowego pomieszania. Dokonuje się go, aby z "miłością" i "tolerancją" na ustach pokonać ostatnie bastiony "ciemnoty i zacofania". W końcu "katolickie" pisma na zachodzie już się nauczyły pisać o tych sprawach - delikatnie, żeby nie urazić... A my po raz kolejny przekonujemy się, jak bardzo aktualne są słowa Gilberta Keitha Chestertona, iż "Współczesna tolerancja jest w gruncie rzeczy tyranią, bo zamyka ludziom usta."


Marzena Zawodzińska