W trosce o prawdę historyczną
Dodane przez Piotr Kolczynski dnia Sierpień 14 2008 23:18:08

Mija kolejna rocznica zwycięstwa w 1920 r. pod Warszawą. Wydano kolejne książki, których autorzy głoszą chwałę Józefa Piłsudskiego, jako rzekomego zbawcy Ojczyzny w trudnych dniach sierpnia 1920 r. Na uwagę zasługuje zwłaszcza książka Janusza Ciska, która przy zachowaniu pozorów naukowości jest w istocie apologią Józefa Piłsudskiego. Już adnotacja na okładce mówiąca o istnieniu pokolenia JP I i nawiązująca w ten sposób do pokolenia JP II, czyli Jana Pawła II, wskazuje na apologetyczny i wręcz metafizyczny wydźwięk książki. Jeżeli już na okładce głosi się kult postaci, o której się pisze, to trudno spodziewać się, że będzie to pozycja historyczna. To w istocie książka głosząca kult Piłsudskiego, książka o kulcie, wreszcie, książka napisana przez jednego z wyznawców tego kultu. Dzieło Ciska reklamowane jest w mediach publicznych przez… Józefa Szaniawskiego, znanego nam ze swoich rusofobicznych wystąpień, który sam również jest jednym z najbardziej fanatycznych wyznawców kultu marszałka. Wobec sytuacji, z którą mamy do czynienia co roku, obowiązkiem naszym jest zawsze przypominać postać Tego, dzięki któremu zwycięstwo to stało się faktem, postać generała Tadeusza Jordan-Rozwadowskiego. Został On całkowicie i planowo zapomniany. Jeżeli wspomina się jego osobę, to tylko w kontekście przeczenia Jego zasługom. Tymczasem to On, obejmując funkcję Szefa Sztabu Generalnego WP 22.07.1920 r., tchnął nowego ducha w armię, cofającą się na wszystkich kierunkach, przygnębioną porażkami. W dramatycznych dniach sierpnia 1920 r., wytężając całą swoją wiedzę merytoryczną i wrodzony talent, przelał odważną myśl stoczenia walnej bitwy z bolszewikami w formie wielkiego zwrotu zaczepnego na język rozkazów dla całej armii polskiej. Wraz ze sztabem przygotował rozkaz nr 8358-III z 6 sierpnia 1920 r., który zakładał skoncentrowanie w jednym miejscu dużych sił polskich i wykonanie uderzenia na lewe skrzydło głównych sił bolszewickich idących na Warszawę. Zaproponował Piłsudskiemu, wówczas jeszcze Naczelnemu Wodzowi, dwa miejsca koncentracji polskiej grupy uderzeniowej, pod Garwolinem, bliżej Warszawy i koło Puław, dalej od stolicy. Piłsudski zdecydował się wybrać wariant koncentracji pod Puławami. Rozkaz został podpisany przez gen. Rozwadowskiego i płk Piskora i przekazany do realizacji. Po pewnym czasie okazało się, że bolszewicy mogą znać plan polski, w związku z czym Rozwadowski, już samodzielnie, wprowadził korekty do planu z 6 sierpnia i wydał 9 sierpnia nowy rozkaz pod fikcyjnym numerem 10000, napisany odręcznie przez Niego samego, który przekazał do wykonania wszystkim dowódcom z Piłsudskim na czele. Na rozkazie tym widnieje podpis Piłsudskiego jako przyjmującego do wiadomości nowe rozwiązania. Polegały one na wzmocnieniu polskich sił na północnym odcinku frontu (V Armia gen. Sikorskiego), tak, aby mogły one wykonać równoległe uderzenie wraz z grupą znad Wieprza(koło Puław), tzw. manewr kanneński (nazywany tak od manewru Hannibala pod Kannami). Właśnie wg tego rozkazu została rozegrana Bitwa Warszawska, a decydujące znaczenie na najważniejszym, właśnie północnym odcinku frontu (tam bowiem atakował gros sił bolszewickich, zamierzających od północy obejść Warszawę i zaatakować ją od zachodu), miało uderzenie, rankiem 15 sierpnia, sił gen. Sikorskiego znad rzeki Wkry. Bolszewicy zostali zatrzymani, w krótkim czasie przeszli do odwrotu, ścigani przez Wojsko Polskie. Piłsudski, sprawiający wrażenie nie mającego pojęcia o tym, co się dzieje pod Warszawą, zwlekał z uderzeniem znad Wieprza. Kiedy w końcu uderzył, przez kilkanaście godzin atakował w próżni. Ostatecznie nawiązał kontakt z bolszewikami i pokonał ich słabe na tym kierunku siły, ale stracił szansę na okrążenie sił głównych i na dokonanie całkowitej zagłady Armii Czerwonej przez Wojsko Polskie. Tak wyglądała bitwa. Faktycznie, głównodowodzącym wszystkich polskich sił był w czasie jej trwania gen. Tadeusz Jordan-Rozwadowski. (Faktycznie, gdyż Piłsudski w najtrudniejszych dniach 13-15 sierpnia był nieobecny nie tylko w Warszawie, ale i w Puławach). Był też głównodowodzącym de iure, jako naturalny zastępca Naczelnego Wodza, Józefa Piłsudskiego, który 12 sierpnia 1920 r. złożył na ręce premiera Wincentego Witosa dymisję z funkcji Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza. Witos z oczywistych powodów nie podał informacji o tej dymisji do wiadomości publicznej, ale to w niczym nie zmienia mocy wiążącej samej dymisji. Piłsudski, na skutek ciągłych porażek, popadł w apatię i załamanie, nie rozumiał zamysłów Rozwadowskiego, był przerażony perspektywą klęski. Po dymisji, rankiem 13 sierpnia Piłsudski wyjechał z Warszawy do Puław, aby objąć dowodzenie grupą uderzeniową znad Wieprza, jednak zamiast do Puław pojechał do Bobowej pod Tarnowem, do majątku Wieniawa-Długoszowskiego, gdzie znajdowała się wówczas jego konkubina z dwiema córkami. Nadrobił przez to, w drodze do Puław, kilkaset kilometrów. Jest więc oczywistym, że mógł być w dowództwie grupy uderzeniowej najwcześniej 14 sierpnia po południu, a prawdopodobnie było to jeszcze później. Pierwszy rozkaz Piłsudskiego pochodzi z 15 sierpnia i nie ma podanej godziny. Dodatkowo istnieją dowody na to, że, tegoż 15 sierpnia, Piłsudski brał udział w chrzcinach w jednym z kościołów w Puławach, jako... ojciec chrzestny. Tak zachowywał się w, co powtarzam raz jeszcze, najtrudniejszych dla Ojczyzny dniach 13-15 sierpnia rzekomy autor planu polskiego i rzekomy Naczelny Wódz armii polskiej. Po zwycięskiej bitwie, jak gdyby nigdy nic, Piłsudski przeszedł do porządku dziennego nad swoją dymisją, nad swoją mizerną rolą w bitwie i rozpoczął, wraz z gronem ślepo oddanych mu wyznawców, budowanie swojej legendy jako rzekomego zwycięzcy i męża opatrznościowego Ojczyzny.Co na ten temat należy sądzić najlepiej wyraził gen. Tadeusz Machalski w liście do Jędrzeja Giertycha (Rozważania o Bitwie Warszawskiej 1920-go roku, red. Jędrzej Giertych, Londyn, 1984, s.77): "(...) Opuszczenie pola bitwy jest największą hańbą dla żołnierza. Można jeszcze mieć pewne wyrozumienie dla Piłsudskiego, który pod ciężarem odpowiedzialności za katastrofę, którą ściągnął na kraj, załamał się duchowo, tracąc panowanie nad sobą, ale trudno wybaczyć mu jego zachowanie po wojnie, kiedy to zamiast nadać gen. Rozwadowskiemu Wielką Wstęgę Orderu Virtuti Militari i mianować go marszałkiem za wygraną bitwę, która uratowała kraj, wtrącił go do więzienia na Antokolu (...). Piłsudski nie mógł znieść tego, że obaj (Rozwadowski i Witos - przyp. mój - AŚ) widzieli go w chwili jego upadku i zamiast teraz okazać im swoją wdzięczność za wyratowanie go, mścił się bezlitośnie.


Dziś, kiedy piłsudczykowska wersja historii triumfuje, kiedy na jej usługach znajduje się cała szeroko rozumiana polska formacja chadecka, nie wyłączając także Radia Maryja i Naszego Dziennika, kiedy obchody zwycięskiej Bitwy Warszawskiej, Bitwy przygotowanej i dowodzonej przez gen. Rozwadowskiego, a przeprowadzonej w polu przez grono zdolnych dowódców (z generałami Hallerem, Sikorskim, Latinikiem, Zagórskim i innymi), stojących na czele niezłomnych oddziałów Wojska Polskiego, wspartych moralnie i duchowo przez większość Narodu, sprowadza się li tylko do oddania jakże niezasłużonej chwały Piłsudskiemu, niech ten krótki tekst będzie wołaniem o sprawiedliwość dziejową dla prawdziwych bohaterów, dla ich męstwa i dokonań, z największym z nich, gen. Tadeuszem Jordan-Rozwadowskim na czele.


Adam Śmiech