Jednodniówka Narodowa :: jednodniowka.pl
Strona Główna Artykuły Galeria ForumWrzesień 16 2019 18:05:34
Nawigacja
Strona Główna
Artykuły
Galeria
Kategorie aktualności
Linki
Szukaj

Forum

Redakcja
Kontakt
Archiwalna wersja JN
Regulamin komentarzy
Użytkowników Online
Gości Online: 12
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 70
Najnowszy Użytkownik: carlos
Losowe zdjęcie
Zjazd Kresowian 15
Zjazd Kresowian 15
XV Zjazd Kresowian na Jasnej Górze - 5.07.09 r.
Polecamy

Wątki na Forum
Najnowsze Tematy
Wojna ekonomiczna USA
Ataki wrogów Narodow...
Pakt Ribbentrop-Beck...
Reforma SN polityka ...
Wolna Polska narodowa
Najciekawsze Tematy
Uczmy się angiels... [50]
Kto pomoże mi sfo... [46]
Bałkany [35]
Klerykalna Partia... [33]
Mateusz Piskorski... [32]
Shoutbox
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

Adam Smiech
10/03/2014 10:21
No, ostrożnie ze słowami, panie anonimie! Może by tak zerwać przyłbicę i stanąć, jak mężczyzna, twarzą w twarz? Brak argumencików, to plujemy, co?

Yareck
04/03/2014 21:18
Jesteście ostoją... politycznej prostytucji. Więcej pisać nie trzeba!!!

Piotr Kolczynski
22/01/2012 21:55
Może być?

Marzena Zawodzinska
11/11/2011 22:18
Porządek by trzeba zrobić...

Marzena Zawodzinska
31/10/2011 07:55
Ten shoutbox jest za nisko, nie widać go.

Archiwum
O źródłach neokonserwatyzmu
Jednodniówka Narodowa

W 2005 roku oficyna wydawnicza prastarego Uniwersytetu w Cambridge wydała niezwykle interesującą książkę autorstwa amerykańskiego działacza żydowskiego Murraya Friedmana pt. "The Neoconservative Revolution - Jewish intellectuals and the Shaping of Public Policy" ("Neokonserwatywna rewolucja - żydowscy intelektualiści i kształtowanie polityki publicznej"). Autor, zmarły w tym samym 2005 r. w wieku 78 lat, to wybitny działacz American-Jewish Committee, założyciel Feinstein Center for American Jewish History, historyk i wykładowca akademicki. W powołanej książce przedstawił nie tylko genezę i historię ruchu neokonserwatywnego, który od ćwierć wieku wywiera ogromny wpływ na politykę Stanów Zjednoczonych, ale również szerokie tło zjawiska jakim było nie tylko upodmiotowienie żydowskiej mniejszości we wszystkich dziedzinach życia USA w XX wieku, ale wręcz opanowanie wielu tych dziedzin. Słowo "opanowanie" jest skrajnie niepoprawne i pachnie czarnosecinnym antysemityzmem, niemniej trudno inaczej nazwać stan faktyczny, jaki Friedman przedstawia. Zresztą sami Państwo przeczytajcie. Poniższy fragment - w moim tłumaczeniu - to zaledwie mały wycinek pierwszego rozdziału tej niezwykle interesującej książki. Do omówienia całości powrócę w niedalekiej przyszłości.

"W latach bezpośrednio po II wojnie światowej rozpoczął się dla Żydów "złoty wiek". "Nagle", jak wspomina Irving Kristol, "zaczęły być możliwe rzeczy, które wydawały się być do tej pory zupełnie niemożliwe". Hitlerowski Holocaust zademonstrował głębię deprawacji natury ludzkiej, która kosztowała życie sześciu milionów Żydów, ale bitwa z nazizmem została wygrana. Dla utrzymania pokoju powołano ONZ, stworzono państwo żydowskie. Antysemityzm, chociaż wciąż będący siłą, z którą należało się liczyć - był w odwrocie. Pozycja Żyda została znormalizowana, jak ogłosił krytyk społeczny Will Herbert w swojej wybitnej książce "Protestant, katolik i żyd" (1955).

W okresie powojennej transformacji społeczeństwa amerykańskiego żadna inna grupa etniczna nie skorzystała tak silnie na ponownym położeniu akcentu na równouprawnienie, jak Żydzi. Także wówczas ich liczba była niewielka - a i dziś mamy niecałe 6 milionów Żydów w populacji liczącej 220 milionów. Jednak ich wpływ na kolejnych polach - począwszy od prawa, medycyny, przedsiębiorczości i filantropii, po wszelkie formy kultury wysokiej i popularnej - stał się nadzwyczajny. "Ludzie opowiadają co osiągnęli wyznawcy kościoła episkopalnego, jaka jest ich siła" - pisał socjolog z Uniwersytetu Pensylwanii E. Digby Baltzell, sam episkopalianin, "ale to, co uczynili Żydzi w Stanach Zjednoczonych... stanowi wielką, nieopowiedzianą historię".

To nie było tak, że Żydzi zaczęli ledwie zdobywać akceptację w przeważająco chrześcijańskim społeczeństwie, lecz raczej wielu z nich stało się jasno świecącymi gwiazdami na nowym kulturalnym firmamencie. Tytułem przykładu, porównywalne do sejsmicznych wstrząsów zmiany na polu literatury, które nastąpiły w okresie powojennym przyniosły zmierzch starszej generacji pisarzy i poetów takich jak Ernest Hemingway, F. Scott Fitzgerald, William Faulkner, czy T. S. Eliot i pojawienie się nowej fali żydowskich pisarzy, artystów, kompozytorów i krytyków jak Saul Bellow, Aaron Copland, Leonard Bernstein, Philip Roth, J. D. Salinger, Norman Mailer, Arthur Miller, Herman Wouk, Bernard Malamud, i Alan Ginsberg. Zmiana ta była tak oszałamiająca, że krytyk Leslie Fiedler ogłosił "wielkie przejęcie [literatury] przez żydowsko-amerykańskich pisarzy".

Miller stał się czołowym amerykańskim dramaturgiem a Bernstein czołowym dyrygentem-kompozytorem. Wśród krytyków społecznych, dominującą postacią stał się Lionel Trilling, ten, którego zdaniem Davida Hollingera, "świeże spojrzenie na Amerykę ukazało szczegóły, niewidoczne dla rdzennych mieszkańców [w tym kontekście słowo "native" należy rozumieć, jako chrześcijańskich kolonistów i osadników, którzy zbudowali Amerykę, a nie Indian - przyp. AŚ] bądź na które byli oni zamknięci". Intelektualiści tacy jak David Riesman czy Daniel Bell zastąpili przywódców religijnych w ich roli "obdarzonych największym autorytetem moralistów" narodu. W swojej pierwszej wielkiej powieści "Przypadki Augiego Marcha", Saul Bellow, "żydowski dzieciak, żyjący w żydowskiej okolicy Parku Humboldta w Chicago" a później laureat Nagrody Nobla, powiedział Amerykanom, że naprawdę heroicznym w ich kraju były "nie czyny pionierów na Zachodzie, ale wyrastanie z biedy miejskiej dziatwy".

Wpływ Żydów rozszerzył się daleko poza wysoką kulturę. Uczyli Amerykanów jak tańczyć (Arthur Murray), jak się zachowywać (Dear Abby i Ann Landers), jak się ubierać (Ralph Lauren), co czytać (Irving Howe, Alfred Kazin, Trilling), i co śpiewać (Irving Berlin, Barry Manilow, Barbara Streisand). Jonas Salk odkrył sposób na pokonanie porażenia dziecięcego. Sulzbergerowie zademonstrowali jak należy wydawać wielką gazetę, New York Times. Walter Annenberg pokazał jak zbić wielką fortunę na wydawaniu gazety z programem telewizyjnym (TV Guide). Wpływ Normana Leara na TV (seriale All in the Family, Sanford and Son, The Jeffersons, etc.) jest wciąż odczuwalny. Nie będzie przesadą sugestia, że w czasie "złotej ery", Żydzi, na dobre i na złe, zaczęli odgrywać kluczową rolę w definiowaniu Ameryki innym Amerykanom.

Bardziej znaczącym i może bardziej trwałym wymiarem ich awansu była rosnąca obecność Żydów na wydziałach uniwersytetów, które wcześniej ich stamtąd usuwały. W 1946 r. nie było choćby jednego profesora Żyda na stałym etacie uniwersytetu Yale. W 1960 r. 28 spośród 260 profesorów zwyczajnych na Yale było Żydami. Gdzie indziej postęp był nawet bardziej spektakularny, szczególnie w dyscyplinach pozwalających wywrzeć wpływ na szeroko rozumianą kulturę. Na najbardziej prestiżowych uniwersytetach profesorowie pochodzenia żydowskiego stanowili: 36% na wydziałach prawa, 34% na socjologii, 28% na ekonomii i 26% na fizyce. Stanowili również 22% kadry profesorskiej wśród historyków i 20% wśród filozofów - a były to dziedziny, do których byli oni systematycznie niedopuszczani jeszcze kilka lat wcześniej. Co więcej, u progu nowego stulecia, trzy uczelnie, które znajdują się na czele elitarnego rankingu Ivy League - Yale, Harvard i Princeton (jak również Uniwersytet Pensylwanii) - miały wszystkie żydowskich rektorów."


Komentarze
kot dnia wrzesień 25 2014 18:33:50
Ameryka straciła około lat 60. XX wieku swoją biało-protestancką tożsamość. Żydzi z wpływowej (ale jednak) mniejszości stali się kastą rządzącą. Na jak długo, to się jeszcze okaże, bo nic nie jest wieczne. Naród zbudowany na tak wątłych podstawach jak etos imigracji i wolność jednostki dał się tak łatwo ujarzmić i czeka go dalsza transformacja rasowo-kulturowa w stronę czegoś co zapewne jest ideałem novus ordo seculorum. W takim morzu multi-kulti Żydzi oczywiście czują się jak ryby w wodzie i o to im chodzi. Niestety, potęga USA rozpowszechniła ten model w krajach, gdzie wpływ Ameryki jest silny, zagrażając istnieniu starszych, spójniejszych i zborniejszych białych narodów europejskich Europy. Już chyba tylko Rosja nie potwierdza tej smutnej reguły.
Adam Smiech dnia wrzesień 25 2014 20:31:27
Tym bardziej cennym jest, jeśli o żydowskim przejęciu USA pisze wybitny działacz żydowski i do tego z entuzjazmem. Mamy dzięki temu nie tylko obraz zdarzeń, ale i wspaniałe źródło. Miejmy nadzieję, że właśnie Rosja nie potwierdzi tej reguły. Lament łże-mediów nad Chodorkowskim, ich marzenie, aby to on i jemu podobni przejęli władzę w Rosji, dowodzi, że pomimo niewątpliwego układu prezydenta Putina z pewną grupą Żydów, co jest zresztą zupełnie zrozumiałe, nie należą oni do grupy zaufania żydostwa światowego w wystarczającym stopniu. Dmowski wspominał rozmowy z amerykańskimi Żydami stwierdzając, że bardzo szybko okazało się, że nie istnieją Żydzi, którzy cieszyliby się jednocześnie naszym (obozu reprezentowanego przez Dmowskiego) i ich (Żydów amerykańskich) zaufaniem. Zdaje się, że dość podobna sytuacja ma miejsce w Rosji.
kot dnia wrzesień 25 2014 22:52:24
Póki na Kremlu siedzi Putin, póty Rosja jawić może się ostatnią nadzieją państw narodowych, chrześcijaństwa, tradycji, białej rasy i czego jeszcze. Jednak wadą i słabością systemu rosyjskiego jest jego zależność od autorytetu jednego człowieka. To pewien paradoks: władza jest tam silna i jawna, opiera się głównie na autorytecie Putina. Jest to słabość, nie zaleta, bowiem kiedyś go w końcu zabraknie. A można sobie wyobrazić rządy Miedwiediewa, Prochorowa, a nawet kogoś w rodzaju Nawalnego. Będzie wtedy inaczej. Sam Putin był w końcu lat 90. szykowany na kukłę w rękach żydowskich przeważnie oligarchów: Bieriezowskiego, Gusinskiego(kto go jeszcze pamięta...), Chodorkowskiego i innych. Miał być kolejnym takim Jelcynem-marionetką. Okazał się politykiem większego formatu i całe to towarzystwo rozpędził. Na miarę swoich możliwości odbudował i wzniósł Rosję, ale jest to wciąż odgórny system oligarchiczny zaprawiony nieco narodową ideą, użyteczną dla utrzymywania go w ryzach. System rosyjski nie jest jednak nacjonalistyczny, oddolny, niejawny, obudowany siecią oddolnych inicjatyw - a to wszystko przydało by mu cech stałości, wykraczających poza okres rządów tego czy innego prezydenta.
Adam Smiech dnia wrzesień 26 2014 00:30:55
Oczywiście, że jest to wada. Rosja Putina jest kolejną wyspą oporu przeciwko mocarstwu anonimowemu. I jak w przeszłości wyspy Franco i Salazara, może rozpaść się w proch i w pył po śmierci Putina. Jest zasadą, że takie wyspy istnieją w cieniu silnego przywódcy. Mocarstwo anonimowe ma przewagę na wszystkich płaszczyznach poza jedną - nie jest w stanie, co do zasady, pokonać silnego przywódcy za jego życia (wyjątków tu raczej brak, gdyż, jeśli jakiś pozujący na silnego przywódca ulega, to znaczy, że jednak silnym nie był). Na pozostałych płaszczyznach wygrywa, gdyż jest właśnie anonimowe, nie związane z takim czy innym nazwiskiem w sposób decydujący o jego istnieniu, ale przechodzi z pokolenia na pokolenie jako konsekwentnie realizowany system filozoficzno-polityczny. Straty poniesione w jakimś pokoleniu mają znaczenie marginalne. Dlatego jest to wróg tak silny, dlatego tylu przeszło na jego służbę. Dlatego waspowska Ameryka przekształciła się w państwo Protokołów. Co więcej, szuka usprawiedliwienia swojej słabości i klęski w takich pseudoideach, jak koncepcja judeo-chrześcijan (a i u nas obserwujemy od lat mocno postępujący proces judaizacji prawicy).

Może nie całkiem żartobliwie powinniśmy traktować niedawne propozycje Żyrynowskiego i nieco dawniejsze sugestie JKM, aby Putin ogłosił się carem, zastępując, czy też raczej uzupełniając swój autorytet osobisty, autorytetem caratu jako instytucji, choć wiemy też, czym to się skończyło w 1917 r., kiedy przytrafił się łagodny, miękki i liberalny Mikołaj II.

Rzeczywiście system wzmocniony zostałby na pewno wskazanymi przez Kolegę cechami, niemniej musimy pamiętać, że Rosja nie jest państwem monoetnicznym (dylemat - ruskij czy rosijskij) i jako taka może dążyć co najwyżej do monoidei skupiającej się na państwie, bądź na osobie władcy.
kot dnia wrzesień 30 2014 16:30:00
"Wielonarodowość" państwa krępuje ręce myślącym narodowo Rosjanom. Z drugiej strony odejście od tego paradygmatu, pochodzącego jeszcze z czasów początków władzy bolszewickiej wydaje się mało prawdopodobne. Zauważyć trzeba wzrost dążeń, by to zmienić, do czego nawołują wpływowi ideolodzy i politycy jak Dugin, Jefimow, Żyrinowski i inni. Czy uda im się stworzyć coś trwalszego od Putina, wątpię. Nawet przy, jak to Kol. ujął, "słabym" carze Mikołaju II najsilniejsze oddolne wsparcie systemu władzy zapewniał ruch zwany Czarną Sotnią. Upadek cara i jego państwa to nie skutek jakiegoś liberalizmu Mikołaja II, ale następstwo jego błędów politycznych i nieudolności w rządzeniu. Putin chyba nie chce mieć swojej "czarnej sotni" smiley

Nie znaczy to, że stworzenie trwałego system opierający się "mocarstwu anomimowemu" nie jest możliwe. Proszę spojrzeć na Turcję. Kraj i naród właściwie zbudowany na nowo przez Mustafę Kemala Ataturka, do szpiku kości nacjonalistyczny (co nie znaczy szowinistyczny). Ataturkowi - wg mnie najwybitniejszemu politykowi XX wieku, udało się stworzyć coś bardziej trwałego od niego samego. System, który przetrwał twórcę przez długie dziesięciolecia. Sukces zasadzał się na istnieniu niejawnej władzy "ideologicznej", nacjonalistyznego "rządu dusz", jak by to można nazwać. Spójna ideologia nacjonalistyczna przenikała bardzo głęboko całe społeczeństwo. A to wszystko było możliwe w kraju 90 lat temu bardziej zacofanym od Rosji i Polski. Dopiero teraz system ten jest powoli rozmontowywany przez polityków proislamistycznych. Niczego dobrego nacji tureckiej to nie wróży.

Nowoczesność i dalekowzroczność Ataurka widać np. w pojeściu do religii, którą traktował po prostu jako jeszcze jeden składnik tożsamości tureckiej. Inaczej niż np. Franco i Salazar, którzy szukali w religii legitymizacji swej władzy, sięgając do przestarzałych pojęć rodem sprzed stuleci - i byli niewątpliwie zakładnikiem Kościoła katolickiego, który po zmianach SWII się od nich całkowicie odwrócił.

Geniusz Ataturka to również jego polityka zagraniczna. Potrafił ułożyć się z Rosją . Dwa "odwiecznie" wrogie kraje, toczące ze sobą w XVIII i XIX stuleciach dziesiątki krwawych wojen stały się po prostu normalnymi sąsiadami. Ataturk i z drugiej strony Lenin i Stalin pięknie pokazali światu, że nie ma odwiecznych wrogów, są tylko odwieczne interesy. Nawet teraz mogą się o tym przekonać polscy rolnicy, których produkcja na rosyjski rynek jest właśnie zastępowana przez produkcję turecką! I jak to możliwe, że nacjonalistyczna Turcja, spory kraj w strategicznym miejscu globu, nie brała przez prawie 100 lat udziału w żadnej wojnie (nie licząc zapewnienia godnego stanowiska Turkom cypryjskim w 1974 roku, co było bardzo eleganckim zwycięstwem). Rozumny nacjonalizm widocznie nie jest tak straszny i krwiożerczy jak go maluje żydowska propaganda, dyskretnie milcząc o swoim własnym, ale nie tak pokojowym i eleganckim jak turecki.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
W naszym serwisie

POST NA FORUM SERWISU ANTY ORANGE

ARTYKUŁY PROF. WIKTORA POLISZCZUKA...

ARTYKUŁY L. KULIŃSKIEJ
Tłumaczenia JN






















Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Copyright © 2006, 2007, 2008, 2009, 2010, 2011, 2012, 2013, 2014