Jednodniówka Narodowa :: jednodniowka.pl
Strona Główna Artykuły Galeria ForumWrzesień 15 2019 10:25:53
Nawigacja
Strona Główna
Artykuły
Galeria
Kategorie aktualności
Linki
Szukaj

Forum

Redakcja
Kontakt
Archiwalna wersja JN
Regulamin komentarzy
Użytkowników Online
Gości Online: 11
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 70
Najnowszy Użytkownik: carlos
Losowe zdjęcie
Pod pomnikiem Dmowskiego 5
Pod pomnikiem Dmowskiego 5
90 rocznica podpisania Traktatu Wersalskiego - Warszawa 27.06.09 r.
Polecamy

Wątki na Forum
Najnowsze Tematy
Wojna ekonomiczna USA
Ataki wrogów Narodow...
Pakt Ribbentrop-Beck...
Reforma SN polityka ...
Wolna Polska narodowa
Najciekawsze Tematy
Uczmy się angiels... [50]
Kto pomoże mi sfo... [46]
Bałkany [35]
Klerykalna Partia... [33]
Mateusz Piskorski... [32]
Shoutbox
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

Adam Smiech
10/03/2014 10:21
No, ostrożnie ze słowami, panie anonimie! Może by tak zerwać przyłbicę i stanąć, jak mężczyzna, twarzą w twarz? Brak argumencików, to plujemy, co?

Yareck
04/03/2014 21:18
Jesteście ostoją... politycznej prostytucji. Więcej pisać nie trzeba!!!

Piotr Kolczynski
22/01/2012 21:55
Może być?

Marzena Zawodzinska
11/11/2011 22:18
Porządek by trzeba zrobić...

Marzena Zawodzinska
31/10/2011 07:55
Ten shoutbox jest za nisko, nie widać go.

Archiwum
Dymitr Miedwiediew o historii
Jednodniówka Narodowa

Ze względu na próby manipulacji treścią wywiadu z prezydentem Dymitrem Miedwiediewem, postanowiliśmy opublikować go w całości po polsku, aby każdy czytelnik "Jednodniówki Narodowej" mógł sam sprawdzić, czy rzeczywiście prezydent Federacji Rosyjskiej "tak naprawdę niczego nowego nie powiedział".

Dymitr Miedwiediew: Nie można się wstydzić mówienia prawdy o wojnie - tej prawdy, którą wycierpieliśmy.

Izwiestia.: Szanowny Dymitrze Anatoliewiczu! W poprzednich latach mówiono: nie ma w kraju rodziny, na którą nie wpłynęła wojna. Jaki ślad Wielka Wojna Ojczyźniana zostawiła w Pańskiej rodzinie?

Dymitr Miedwiediew: Wie Pan, ja myślę, że to było absolutnie precyzyjne sformułowanie. Nie ozdobnik, nie figura retoryczna. Wojna rzeczywiście dotknęła każdą radziecką rodzinę w mniejszym lub większym stopniu. W przypadku bardzo wielu osób towarzyszyła jej utrata bliskich, dla kogoś - tylko te trudności, które przeżywali wszyscy mieszkający w tym okresie w naszym państwie.
Moi krewni, zarówno od strony matki, jak i od strony ojca, oczywiście także byli dotknięci przez wojnę. Obaj moi dziadkowie (Atanazy Fiodorowicz ze strony ojca i Beniamin Siergiejewicz - ze strony matki) walczyli, obaj przeszli przez różne wojenne próby. Kiedy byłem chłopcem, odwiedzałem dziadka Atanazego w Krasnodarze i on mi opowiadał o wojnie. To na mnie wywarło bardzo silne wrażenie. Zawsze mówił od serca, ze łzami w oczach. Mówił pewne rzeczy, o których wtedy nieszczególnie pisano. On walczył w różnych miejscach, był ciężko ranny, nagradzany różnymi orderami i medalami. Jego opowiadania chwytały za serce i dokładnie je przemyślałem.
Dziadek Beniamin także całkiem dużo opowiadał mi o wojnie, o tym, jakich uczuć wtedy doświadczał. Pamiętam do tej pory: opowiadał o tym, jak trudno strzelać do ludzi, jakie to ciężkie doznania i jak trudno jest popełnić czyn tego rodzaju, nawet rozumiejąc, że bronisz kraju, chronisz swoich bliskich od najeźdźców, którzy napadli nasze terytorium, zabijając naszych ludzi, paląc nasze miasta i wsie. To bardzo osobista rzecz, nad którą jakoś nie zastanawiałem się w młodości. Ale z wiekiem rozumiesz, co to znaczy - pierwsza linia frontu, twarzą w twarz z wrogiem.
Moi rodzice zostali ewakuowani. Mama była w Tadżekistanie, jeszcze całkiem maleńka, miała zaledwie kilka lat, kiedy zaczęła się wojna, była tam razem z moją babcią, a dziadkowie walczyli. Wspomnienia o tym oczywiście tworzyły wyjątkową atmosferę, kiedy obchodziliśmy 9 maja. Ja na przykład pamiętam rok 1975, miałem wtedy 10 lat. Obchodziliśmy trzydziestolecie zakończenia Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Weterani tacy szczęśliwi, wszyscy z orderami i medalami. Gra muzyka, oni się ściskają, jest ich bardzo dużo. Gdzie my nie chodziliśmy, do Pomnika Zwycięstwa, na Cmentarz Piskariowski - wszędzie było bardzo wielu uczestników wojny, panowała atmosfera święta. Zapamiętałem to na zawsze.

Izw.: Pan się urodził po dwudziestu latach od Zwycięstwa. Czyli dla Pana wojna to część historii, a nie biografii. Jak z biegiem lat zmienił się Pański stosunek do Wielkiej Wojny Ojczyźnianej? Kto i jak mógł wpłynąć na to?

D.M.: Wie Pan, on nie zmienił się w jakiś radykalny sposób. W podstawowych kwestiach pozostał taki, jak przedtem.
Czym dla naszego kraju była Wielka Wojna Ojczyźniana? To atak gigantycznej armady, najeźdźców - tych, którzy przynieśli ból i śmierć. Nic dodać, nic ująć - ile lat by nie minęło. I bez względu na to, że urodziłem się znacznie później, po wojnie i dzisiejsze pokolenie zna wojnę tylko z książek, filmów, opowiadań weteranów, ta oto rzecz, wydaje mi się, absolutnie oczywista dla wszystkich, którzy żyją w naszym kraju. Dlatego wojna, oczywiście to część historii, ale jednocześnie to część tej historii, która miała miejsce niedawno, będę przy tym obstawać. Wie Pan, można rozważać, czy te albo inne wydarzenia mogły zajść tak albo inaczej. Ale zgodnie z wydarzeniami Wielkiej Wojny Ojczyźnianej - do tej pory jest ogromna liczba ludzi, którzy w niej uczestniczyli i którzy są żywymi świadkami tego, co było. To nie to, co zaszło dwieście, trzysta lat temu, chociaż wtedy też zdarzały się globalne katastrofy, miały miejsce wielkie wojny.
Dlatego mój stosunek do wydarzeń tego czasu nie zmienił się radykalnie.
Oczywiście, wiele materiałów zostało udostępnionych dopiero w końcu lat osiemdziesiątych, kiedy zaczęto publikować archiwalne dokumenty, kiedy otrzymaliśmy dostęp do części źródeł, wcześniej zamkniętych. Wystarczająco długi czas wojna była przedstawiana tylko jako Wielkie Zwycięstwo narodu radzieckiego i Armii Czerwonej. Ale wojna to ogromna liczba ofiar i olbrzymie cierpienia, jakie znosił naród radziecki razem z innymi europejskimi krajami. Być może w tej części, oczywiście, pewne akcenty się zmieniły.

Izw.: Nie tak dawno ogłosił Pan walkę z fałszowaniem historii, poprzez stworzenie odpowiednich komisji. Jakie dokładnie przypadki fałszowania skłoniły Pana do tego?

D.M.: Co skłoniło? Skandaliczne zachowanie poszczególnych polityków, którzy dla osiągnięcia własnych, miałkich, a nawet powiedziałbym niecnych celów, zaczęli wykorzystywać rozmaite pseudonaukowe interpretacje tych wydarzeń, po prostu żeby otrzymać polityczne punkty. Ale nie w tym rzecz, żeby odpowiadać konkretnym ludziom, ostatecznie, jak przyjęło się mówić, osądzi ich Bóg. Chodzi o naszą przyszłość, o to, jaką pamięć zostawimy, co będą myśleć nasze dzieci, nasze wnuki, co one będą wiedzieć o wojnie i jakie z niej wyciągną nauki.
Dla ludzi naszego pokolenia, dla ludzi dojrzałych i dla tych trochę bardziej młodych, słowa "faszysta", "nazista" mają jednoznacznie negatywny charakter. Ale niestety teraz nie dla wszystkich. W Europie, w wielu krajach, odbywa się rehabilitacja faszystów. Nawet w naszym kraju znajdują się pojedyncze parszywe owce, które próbują wykorzystywać nazistowską symbolikę i realizować różnego rodzaju spotkania pod takimi hasłami. Dlatego to nie jest błahy problem. Ale najważniejsze - powinniśmy przekazać ludziom prawdę. A na czym polega prawda?
Nasz naród nie miał żadnego wyboru. Ci, którzy żyli wtedy w naszym kraju, mogli albo zginąć, albo zostać niewolnikami. Trzeciego wyjścia nie dano. To po pierwsze. I to niezaprzeczalny fakt.
Po drugie. Pytanie, kto rozpoczął wojnę i kto ponosi winę za to? Również absolutnie oczywista rzecz! Utrwalona nie tylko w materiałach procesu norymberskiego, w dokumentach, ale i w pamięci ogromnej liczby osób. Próba przetasowania faktów historycznych wygląda po prostu na zły zamiar.
Trzeba przekazywać prawdę. I to nie oznacza walki z rozmaitymi interpretacjami wydarzeń czasu wojny lub walki z różnymi naukowymi teoriami. Proszę, niech je wysuwają, niech ich bronią, ale są fakty, które nie potrzebują dowodów - albo ze względu na ich oczywistość, albo ze względu na to, że są utrwalone w międzynarodowych dokumentach, takich, podkreślam, jak akty trybunału norymberskiego. W tych kwestiach dyskusji prowadzić nie można, dlatego że te dyskusje prowadzą w bardzo złym kierunku.
Jeśli w którymś momencie stwierdzimy, że praca jest zakończona, to i komisja pracować nie będzie.

Izw.: Wydarzenia w krajach bałtyckich, na Ukrainie, w Gruzji mówią, że tam historia II wojny światowej jest traktowana tak, aby dogodzić czyimś politycznym interesom. Jednak nie można nie liczyć się z historyczną pamięcią narodów. Ona przecież różna. Co trzeba zrobić, aby tych, którzy zginęli w walce z nazizmem, wszędzie wspominać z wdzięcznością?

D.M.: Oczywiście, każdy kraj ma swoją historię. I niedorzecznością byłoby mówić, że, powiedzmy, wydarzenia okresu powojennego przyniosły wszystkim oswobodzonym krajom tylko pomyślność. Jednak w tym jest pewna przewrotność. Powinniśmy rozumieć: gdyby Związek Radziecki razem z innymi krajami antyhitlerowskiej koalicji nie oswobodzili Europy, Europa byłaby inna. Najprawdopodobniej byłby to wielki obóz koncentracyjny, który by pracował tylko na jedno państwo. Większości ludzi, żyjących dzisiaj w Europie, po prostu nie byłoby na świecie. Niedawno o tym mówiłem, kiedy razem z naszymi kolegami ze Słowacji obchodziliśmy Dzień Wyzwolenia. Ale z drugiej strony, wydarzenia okresu powojennego - to już inna część historii, całkowicie ideologizowana, i jasne, że Związek Radziecki jako państwo miał swoje cele. To było bardzo skomplikowane państwo. Mówiąc wprost, ten reżim, który wykształcił się w ZSRR, nie można nazwać inaczej, jak totalitarny. Niestety to był reżim, w którym tłumiono elementarne prawa i wolności. I nie tylko w odniesieniu do swoich ludzi (z których część po wojnie, będąc zwycięzcami, trafiła do obozów). Tak było też w innych krajach obozu socjalistycznego. I oczywiście z historii się tego nie wykreśli. Ale na tym polega umiejętność historyka z jednej strony, a z drugiej strony zdrowy rozsądek zwykłego człowieka, żeby oddzielić misję Armii Czerwonej i państwa radzieckiego w okresie wojny od tego, co następowało potem. Tak, w życiu to bardzo trudno rozdzielić, ale koniecznie trzeba to zrobić, żeby jeszcze raz podkreślić: gdyby nie ogromna ofiara, jaką złożył na ołtarzu wojny naród radziecki, Europa byłaby inna. Współczesnej, szczęśliwej, kwitnącej, bogatej, dobrze rozwijającej się Europy nie byłoby - to całkowicie oczywiste. I myślę, że trzeba być głuchym, żeby nie słyszeć tych argumentów.
Myślę, że powinniśmy po prostu, nie krępując się, o tym opowiadać, nie krępując się, wracać do wydarzeń tego okresu, mówić o tym na różnych placach: i w naszym kraju, i u naszych sąsiadów - w państwach Europy i z trybuny ONZ, i po prostu w czasie każdego rodzaju spotkań, dyskusji. Nie można się wstydzić mówienia prawdy o wojnie - tej prawdy, którą tak wycierpieliśmy. Myślę, że to będzie najuczciwsze i najprawdziwsze.

Wspominał Pan o kilku krajach, w których gloryfikuje się nazistowskich zbrodniarzy. To bardzo smutne. Oczywiście nikt nie idealizuje roli Związku Radzieckiego w okresie powojennym. Ale w żadnym wypadku nie można nazywać katów ofiarami. Ci, którzy stawiają na równi rolę Armii Czerwonej i rolę faszystowskich najeźdźców, popełniają moralne przestępstwo.
Chcę podkreślić, że Niemcy zachowują się pod tym względem o wiele bardziej godnie niż powiedzmy, niektórzy przedstawiciele państw bałtyckich, choć dla nich to bardzo bolesny temat. Z drugiej strony są niezmienione powojenne (jestem przekonany, że nigdy nie zostaną zmienione) postanowienia, włączając w to postanowienia Trybunału Norymberskiego. Szczególnie tam zbrodnie nazistów zostały zakwalifikowane jako zbrodnie przeciwko ludzkości. Te przestępstwa nie podlegają przedawnieniu, a odpowiedzialność za nie powinna następować bezterminowo.

Izw.: Po ostatnich głośnych procesach nazistów w Europie w społeczeństwie wynikła dyskusja - czy warto sądzić niedołężnych staruszków? Czy nie nadszedł czas, aby przebaczyć wszystkim, którzy jeszcze żyją, nawet nazistowskim zbrodniarzom, żeby ten straszny czas ostatecznie odszedł w przeszłość?

D.M.: Ma Pan na myśli te przestępstwa, za które sądzą osławionego Demianiuka? Rzecz nie w konkretnych nazwiskach. Takie przestępstwa nie podlegają przedawnieniu, o kim byśmy nie mówili. To problem naszej moralnej odpowiedzialności przed przyszłymi pokoleniami i jeśli my teraz przymkniemy oczy na te zbrodnie, w przyszłości mogą się one powtórzyć - tak lub inaczej, w tej albo innej formie, w różnych państwach. Dlatego może to zabrzmi bezwzględnie, ale te zbrodnie rzeczywiście nie podlegają przedawnieniu i ci, którzy je popełnili, powinni ponieść odpowiedzialność, ilu by nie mieli lat.

Izw.: Podczas gdy w Rosji piszą nie najlepsze podręczniki do historii, w zachodnim społeczeństwie utrwaliło się przekonanie, które oddaje laury zwycięstwa nad faszystowskimi Niemcami wojskom sojuszników. O tym, że Berlin zdobyła Armia Czerwona, o katastrofalnych stratach Związku Radzieckiego w wojnie, nawet jeśli tam wiedzą, to tylko historycy i politycy. Stopniowo tracimy własne zwycięstwo...

D.M.: Uważam, że w naszym kraju na tej płaszczyźnie wszystko bardziej lub mniej normalnie i bez względu na różne punkty widzenia, o czym już mówiłem, ogólnie rzecz biorąc żadna siła nie jest w stanie zmienić naszego stosunku do zwycięstwa.
Prawda zawiera się w tym, że około 3/4 strat wojska hitlerowskie poniosły na kierunku wschodnim, od Związku Radzieckiego. Mniej więcej 70% strat w zasobach materialnych, sprzęcie wojskowym zadali im nasi żołnierze. Oto prawda!
Oczywiście można kręcić na ten temat filmy. I oczywiście, jeśli to robić umiejętnie (a nasi partnerzy dobrze to robią), to wyjdzie, że właśnie tam osiągnięto zwycięstwo i ostateczną prawdą jest film "Szeregowiec Ryan". Nawiasem mówiąc niezły. Ale to nie znaczy, że opowiada prawdę. To taki hit o wojnie, chociaż zapewne jego autorzy dążyli też do jakichś dobrych celów. Ale my powinniśmy pamiętać, jak było w rzeczywistości.
Chciałbym zauważyć, że nawiasem mówiąc, nasza kinematografia - i radziecka, i współczesna - w tym sensie, jak mnie się wydaje, znajduje się na najwyższym poziomie. Nawet mimo tego, że w czasach sowieckich nasze kino było bardzo ideologizowane i być może nie we wszystkim wytrzymało próbę czasu, filmy tego okresu są znakomite w swoim gatunku - "Lecą żurawie", "Białoruski dworzec", "Oni walczyli za ojczyznę". Nawet "Siedemnaście mgnień wiosny", który ogólnie biorąc był filmem przygodowym. Ale wówczas był to film o wojnie zrobiony po mistrzowsku. Im więcej będziemy takich filmów pokazywać, tym będzie lepiej.
Trzeba też tworzyć nowe. Tak, przy użyciu nowych środków filmowych. Nie jest konieczne kopiowanie tego, co było wcześniej. Myślę, że tu zupełnie dopuścimy eksperymenty. Ważne, żeby osiągnęły cel, a więc powiedziały prawdę. To jest najważniejsze.
I podręczniki. To osobny temat, można potem kontynuować rozmowę. Myślę, że stosunek do wojny rzeczywiście kształtuje się na poziomie książki, w czasie, gdy ludzie zaczynają czytać. W tym sensie misja podręczników, misja literatury historycznej jest absolutnie oczywista. Teraz wydano wiele prac na temat Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Prace te są aktualizowane i uzupełniane: pojawiają się nowe badania, które udowadniają fakty, pojawiają się pewne tematy do dyskusji.

Ale myślę, że kwintesencję takiego rodzaju prac należy określić w podręcznikach, przy czym z uwzględnieniem tego, o czym mówiliśmy, z uwzględnieniem niedopuszczalności przekręcania oczywistych faktów. Ponieważ dzieci, niezależnie od tego, gdzie mieszkają, w Rosji lub w innych krajach, są całkowicie otwarte na nową wiedzę. A jeśli od dzieciństwa wchłaniają błędne informacje, potem bardzo trudno jest im zmienić punkt widzenia. Wiemy, jak było trudno wielu naszym obywatelom, którym po znanych wydarzeniach otwierały się całkowicie ciężkie, dramatyczne strony naszej historii związane z działalnością poszczególnych przywódców naszego państwa.

Izw.: Na przestrzeni dziesięcioleci nie raz zmieniała się oficjalna liczba ofiar Związku Radzieckiego w tej wojnie. Za Stalina - 14 milionów, za Chruszczowa i Breżniewa - 20 milionów, za Gorbaczowa - 27. Czy kiedykolwiek ta mroczna statystyka będzie dokładna i ostateczna?

D.M.: To bardzo trudny temat. Doskonale pamiętam napisy kończące ostatni odcinek filmowej epopei "Wyzwolenie" - ile kto stracił w czasie II wojny światowej. Liczby były straszne. A na końcu znajdowała się informacja o stratach Związku Radzieckiego. Było napisane: "Ludzi radzieckich zginęło ponad dwadzieścia milionów". I 14 milionów, i 20 milionów, i 27 milionów - to kolosalne, niewiarygodne liczby. Ale my nie powinniśmy upraszczać sytuacji. Musimy doprowadzić tę pracę do końca.
Na czym ona polega? Trzeba dokładnie określić, o jakich stratach mowa. Są bezpośrednie ofiary wojenne - ci, którzy zginęli na froncie. Są tacy, którzy zmarli z powodu ran (w czasie wojny i po niej). Są tacy, którzy zginęli w niewoli, z głodu, podczas bombardowań, w czasie okupacji. Teraz wszystkie archiwa otwarte, tu problemu nie ma. I taka praca jest wykonywana pod kierownictwem Sztabu Generalnego, gdzie utworzono nawet specjalną roboczą grupę. Mam nadzieję, że ona doprowadzi pracę do końca. Ale musimy to zrobić dokładnie.

Izw.: Ostatnio pytają Pana o rolę Stalina w zwycięstwie. "Izwiestia" także nie może tego pominąć. I w jakim kontekście. Tak, Stalin stał na czele kraju, który pokonał faszyzm. Ale czy daje to prawo do przekształcania w bohatera tyrana, który popełniał zbrodnie przeciw własnemu narodowi?

D.M.: To absolutnie oczywiste rzeczy - Wielką Wojnę Ojczyźnianą wygrał nasz naród, nie Stalin, i nawet nie dowódcy, mimo całej ważności tego, czym się zajmowali. Tak, ich rola była niewątpliwie bardzo poważna, ale w tym samym czasie wojnę wygrali ludzie za cenę niewiarygodnych wysiłków, za cenę życia ogromnej liczby osób.
Jeśli chodzi o rolę Stalina, można ją różnie oceniać. Ktoś uważa, że rola naczelnego głównodowodzącego była nadzwyczajna, a ktoś uważa, że nie. Problem nie w tym, tylko w tym, jak my w całości oceniamy postać Stalina. Jeśli chodzi o państwową ocenę, o to, jak Stalina oceniają władze kraju, od momentu powstania nowego państwa rosyjskiego, to tutaj ocena jest jasna - Stalin popełnił masę zbrodni wobec własnego narodu. Mimo, że dużo pracował; mimo, że pod jego przywództwem kraj odnosił sukcesy, to jednak to, co uczyniono wobec własnego narodu, nie może być wybaczone. To po pierwsze.
Po drugie. Ludzie, którzy kochają Stalina lub nienawidzą Stalina, mają prawo do swojego punktu widzenia. I fakt, że wielu weteranów, ludzi pokolenia zwycięzców dobrze odnosi się do Stalina, nie jest zaskakujący. Uważam, że oni mają do tego prawo. Każdy człowiek ma prawo do własnych ocen. Inna sprawa, że takiego rodzaju osobiste oceny nie powinny wpływać na państwowe oceny. Ja Panu je powtórzyłem.
Wydaje mi się, że czasami ten temat jest "przepompowywany". Jeśli mówić o stosunku do Stalina i niektórych innych przywódców, to i w latach dziewięćdziesiątych było niemało wielbicieli tego człowieka, ale nikt nie mówił o odrodzeniu stalinizmu. A teraz nagle zaczęli mówić. Tak, postaci historyczne mogą stać się obiektami ubóstwienia, kultu. Czasami zajmuje się tym młodzież, szczególnie młodzież "lewej" orientacji. Ale ostatecznie to ich sprawa. Chociaż, oczywiście, dla większości ludzi na świecie postać Stalina oczywista i nie budzi żadnych ciepłych uczuć.
Ale w żadnym wypadku nie wolno mówić o tym, że stalinizm wraca do naszego codziennego bytu, że przywracamy symbolikę, że zamierzamy wykorzystywać jakieś plakaty, jeszcze coś robić. Nie ma tego i nie będzie. Jest to absolutnie wykluczone. Taka jest obecna ideologia państwowa i moja ocena jako prezydenta Federacji Rosyjskiej. Dlatego ja zawsze oddzielałbym ocenę państwową od ocen osobistych.

Izw.: Dymitrze Anatoliewiczu! Czy jako polityk może Pan znaleźć wyjaśnienie dla faktu, że Stalin w ciągu roku ignorował liczne ostrzeżenia o zbliżającej się agresji ze strony Niemiec?

D.M.: Wie Pan, nie jestem historykiem. Chociaż jak każdy polityk, jak każdy człowiek, który zajmuje państwowe stanowisko, oczywiście interesuję się naszą historią.
Nie mogę zdobyć się na odwagę, aby twierdzić, dlaczego ignorował, chociaż na ten temat napisano niemało książek i nakręcono niemało filmów. Myślę, że on po prostu chciał, aby tak było. Wierzył, że jakieś jego umowy okażą się trwalsze niż na przykład to, na co liczyli Chamberlain i Daladier, kiedy podpisywali układ monachijski. Ale jak wiadomo, oni otrzymali zupełnie nie to, na co liczyli. Jest takie słynne zdanie Churchila o tym, że wybierali między wstydem a wojną, a otrzymali najpierw wstyd, a potem wojnę.
I Stalin miał niełatwy wybór. Liczył na odwleczenie nadejścia tych przykrych konsekwencji. I w czymś na pewno się przeliczył. Oczywiste, że w konsekwencji za tego rodzaju oceny przyszło zapłacić. A cena była bardzo wysoka: życie naszych ludzi. Chociaż, jak wiadomo, historia nie zna trybu warunkowego.
Chociaż to bardzo delikatny temat. Zaznaczam, że to już nie są oceny Stalina jako jednostki, która ponosi odpowiedzialność przed rosyjskim i wtedy radzieckim narodem, a oceny Stalina jako przywódcy tego okresu. On podejmował i gorsze, i lepsze decyzje, także w czasie wojny. Tego też nie można wykreślić.
Z drugiej strony, wszyscy rozumieją, że do wojny z Hitlerem nasz kraj mógł się przygotować, być może, bardziej dokładnie, gdyby nie było represji wobec dowódców, gdyby nie było hipotezy, że Hitler nie zaatakuje naszego kraju w tym okresie.

Izw.: Każda wojna - to pomimo wszystko trudna lekcja, którą otrzymują i zwycięzcy, i zwyciężeni. Od tego, jak ją przyjmą politycy, w większości zależy przyszłość krajów. Jakie lekcje z historii Wielkiej Wojny Ojczyźnianej wyciągnął osobiście Pan, trzeci prezydent Rosji?

D.M.: Główna lekcja zawiera się w tym, że my powinniśmy razem z innymi krajami, z innymi członkami międzynarodowej wspólnoty starać się usuwać takie zagrożenia. Pomysł zaspokojenia agresora, dyktatora, na ogół nie przynosi pozytywnego rezultatu, szczególnie kiedy ten dyktator już nabrał siły i, jak się mówi, zaczął gryźć wędzidło. Dlatego nasze zadanie polega dziś na tym, żeby tworzyć mocny system międzynarodowego bezpieczeństwa. Na czym to polega? Na tym, żeby znajdować się w stałym kontakcie i tworzyć międzynarodowy zakres rozwiązywania takich problemów.
Ludzkość wyniosła dość poważne lekcje po II wojnie światowej, pojawił się u nas ważny międzynarodowy instrument. Taki, na przykład, jak ONZ. Pojawiły się międzynarodowe sądy. Pojawiło się wiele międzynarodowych konwencji, skierowanych przeciw zbrodni przeciwko ludzkości, zbrodni, których dopuszczają się międzynarodowi przestępcy.
Ale jednocześnie obecny system bezpieczeństwa międzynarodowego nie jest idealny. Niejednokrotnie przychodzi mi o tym mówić. Właśnie dlatego pojawił się nasz pomysł stworzenia nowej struktury bezpieczeństwa europejskiego - traktatu o europejskim bezpieczeństwie. To rzecz dość oczywista, chociaż wywołała bardzo różne reakcje. Ktoś uważa, że to sprytne wymysły sprytnych ruskich, którzy tym samym chcą osłabić NATO, wbić klin między USA i kraje europejskie, spróbować rozegrać jakąś swoją grę. Niejednokrotnie mówiłem o tym, że to porozumienie ma całkiem inne cele. Po prostu powinniśmy znaleźć płaszczyznę, gdzie będzie się uzgadniać całokształt różnych problemów. Musimy znaleźć sposób, aby rozwiązać sprzeczności.
Oczywiście, gdyby u nas były skuteczne instytucje bezpieczeństwa europejskiego, to być może udałoby się zapobiec wydarzeniom, które zaszły w sierpniu 2008 roku. Być może działałby jakiś międzynarodowy arbitraż między tymi częściami Gruzji, które chciały niepodległości, a główną częścią Gruzji. Być może weszłyby w życie międzynarodowe mechanizmy. Tak się nie stało. Zaszło coś innego, smutnego - zginęli ludzie, był zbrojny konflikt, przyszło go rozwiązywać.
Dlatego zadanie zapewnienia bezpieczeństwa na naszym kontynencie - nie abstrakcyjne i nie dyplomatyczne, ono absolutnie praktyczne. Myślę, że mniej więcej o tym samym myśleli nasi poprzednicy w latach trzydziestych, ale nie starczyło im męstwa, aby przyjąć odpowiednie postanowienia. Rezultat znany - cięższa, najbardziej krwawa wojna w historii ludzkości. Właśnie dlatego powinniśmy zająć się stworzeniem nowoczesnych międzynarodowych mechanizmów.
Pamiętamy, że w czasie powojennym, w 1975 roku, powstał Helsiński Akt Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie. Ale czas nie stoi w miejscu. Od tej pory minęło też już dużo czasu. Co trzeba robić? Trzeba tworzyć jakieś nowe ramy, nie odrzucając starego, wykorzystać współczesne doświadczenia.

Izw.: Powojenna europejska i transatlantycka struktura została ostatecznie ukształtowana w 1975 roku, trzydzieści długich lat po zwycięstwie. Ale bardzo szybko, już w 1989 r., umowy helsińskie zostały naruszone. Od tej pory mapa Europy stale się zmienia. Wielu uważa ten proces za porażkę ZSRR, oznakę słabości nowej Rosji. A co Pan powie?

D.M.: W każdym wypadku, to, co zaszło w ciągu 14-15 lat od podpisania aktu helsińskiego, zjednoczyło Europę. To raz.
Po drugie, to było zakończenie "zimnej wojny". A w "zimnej wojnie" wszyscy, w istocie, przegrywali. Jej zakończenie oznaczało zwycięstwo wszystkich, dlatego że nie ma konfrontacji, która była wcześniej, nie ma bezpośredniego zagrożenia wojennego, nie ma przegrzania atmosfery w Europie. Ludzie swobodnie komunikują się, jeżdżą do siebie w gości. Ogólnie biorąc, żyjemy w innej Europie, to jest rzeczywiście prawda. Ale oczywiście wydarzenia tego okresu były bardzo dramatyczne dla wielu europejskich krajów, w tym dla Rosji. Będąc częścią wielkiego państwa radzieckiego, wszyscy przeszliśmy przez dramatyczny okres rozpadu naszego wielkiego kraju i formowania nowych państw, w tym i współczesnej Rosji. To był bardzo skomplikowany proces.
Każdy oczywiście może to oceniać po swojemu: ktoś uważa, że to było upokarzające dla znacznej liczby naszych ludzi, a ktoś widzi w tym więcej pozytywów. Myślę, że ostateczne oceny temu okresowi wyda tylko historia. Zwłaszcza, że każdy człowiek zawsze wszystko sam analizuje, a my wszyscy uczestniczyliśmy w tych wydarzeniach w taki, czy inny sposób. Ale jak byśmy się nie odnosili do tego, co się stało, to były bardzo dramatyczne wydarzenia.

Izw.: Od tej pory, jak zabrakło "żelaznej kurtyny", w Rosji niekiedy można usłyszeć gorzkie pytanie: dlaczego zwycięzcy żyją gorzej niż zwyciężeni? W ciągu dwudziestu lat nikt z polityków nie odpowiedział na nie.

D.M.: Nie chciałbym odpowiadać za wszystko, co wydarzyło się w naszym państwie od zakończenia Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, dlatego, że zgodnie z prawem i moralnie jestem odpowiedzialny tylko za ten okres, gdy przypadł mi zaszczyt i odpowiedzialność kierować naszym państwem. Ale oczywiście, jak człowiek, który żył w Związku Radzieckim i żyje w Rosji, mam swój punkt widzenia na ten temat. On sprowadza się do tego, co następuje:
Związek Radziecki w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej był w stanie osiągnąć najważniejsze cele - pokonać bardzo silnego wroga, zniszczyć go i stworzyć warunki do swobodnego rozwoju Europy. Uczynił to kosztem ogromnych ofiar.
Następnie ZSRR poszedł swoją drogą. W nim utrzymywało się, w istocie bardzo trudne, społeczeństwo totalitarne, które nie dawało rozwijać się wielu gospodarczym procesom, uciskało ludzi. Temu towarzyszyły ofiary i wszystko, co wiąże się z dyktaturą.
Dlatego, niestety, ten okres - to, podkreślam, moja ocena - nie został w pełni wykorzystany (mimo że udało się nam odbudować gospodarkę, stworzyliśmy bardzo poważne podstawy dla rozwoju przemysłu). Można było rozwinąć państwo i jego gospodarkę nieco inaczej, czym właściwie zajmujemy się ostatnie dwadzieścia lat. W okresie powojennym nastąpił czas wielkich dokonań, ale i czas wielkich prób, dużych problemów. Nie sądzę, żeby ten ustrój ekonomiczny, który u nas funkcjonował w okresie powojennym, a także ten system polityczny był przystosowany do normalnego rozwoju. Stąd różnica w poziomie życia, stąd różnica w tym, jak ludzie się czują. To rzeczywiście bardzo przykre. I tych emocji wszyscy doświadczaliśmy, szczególnie kiedy pierwszy raz wyjeżdżaliśmy za granicę. Ale my rozumieliśmy, za jaką cenę zdobyto pomyślność Europy, ten dostatek materialny, te jaskrawe witryny, szczęśliwych ludzi, uśmiechy na ich twarzach. Nie mieliśmy ostatecznej odpowiedzi, dlaczego u nas trochę inaczej.
Chociaż nie warto przekreślać tego okresu: wtedy żyli i pracowali nasi ojcowie i dziadkowie, my w tym czasie żyliśmy. Było wiele jasnych stron. Ale rzeczywiście nie udało się nam rozwiązać szeregu zadań. I, nawiasem mówiąc, z tym w dużym stopniu wiąże się fakt, że Związek Radziecki przestał istnieć.
Gdyby okazał się bardziej konkurencyjny, gdyby stworzono w nim warunki do osobistego i gospodarczego rozwoju na nowoczesnych zasadach, jego los mógłby być inny, byłby bardziej atrakcyjny dla naszych ludzi. I wtedy nie doszłoby do tych dramatycznych wydarzeń z końca lat osiemdziesiątych a początku dziewięćdziesiątych.

Izw.: Ogromna ilość archiwalnych dokumentów wojskowych do tej pory nie jest w pełni dostępna dla ludności. Może czas na ich komputeryzację? Możliwość otrzymania, albo chociażby zasięgnięcia informacji za pośrednictwem Internetu (za przykładem stron państwowych usług i zakupów) pozwoliłaby wielu ludziom poznać losy dziadków, pomogłaby napisać historię swojej rodziny.

D.M.: Ten czas nie tylko nastał - my już się tym zajmujemy na całego. Wie Pan, jestem wielkim zwolennikiem cyfrowych technologii. One są bardzo wygodne dla przechowywania dużej ilości informacji. Dawniej, żeby powiedzmy otrzymać tę albo inną informację, trzeba było brać ogromny foliał, szperać, zaznaczać. To właściwie także ma swoje plusy, dlatego że człowiek, świadomie lub mimowolnie, poznawał wiele ciekawych materiałów, które w książce lub jakimś zbiorze dokumentów zostały zamieszczone.
Teraz jest prościej: wystarczy powiesić odpowiedni plik z dokumentami w elektronicznych zasobach, cokolwiek napisać na komputerze - i od razu otrzymać informację. Bardzo wygodne! I my powinniśmy się tym zajmować, robić to otwarcie, zdejmując wszelkiego rodzaju hasła z dokumentów tego okresu. Minęło już dość czasu - 65 lat i naród powinien znać całą prawdę tak o wojnie, jak i o wydarzeniach po niej następujących.
Przypomnijmy i czas przedwojenny, wydarzenia początku wojny. Powiedzmy to, co wydarzyło się pod Katyniem. To bardzo ciemna karta. W dodatku mroczna karta, na której nie było prawdy. Do tej pory - ja patrzyłem - ludzie z pełną powagą prowadzą dyskusje o tym, kto podjął decyzję o straceniu polskich wojskowych. Mimo tego, że materiały są ujawnione, dałem znowu polecenie, aby je zademonstrować. Ale mimo wszystko trwają dyskusje. Dlaczego? Dlatego że ten temat był ukryty - to raz, a po drugie był podany z absolutnie fałszywej pozycji. Oto właśnie przypadek fałszowania historii! Przecież fałszowania historii dopuszczają się nie tylko ci, co za górami, nie tylko ci, którzy żyją w innych krajach. My sami dopuszczaliśmy się fałszowania historii. I prawda w końcu powinna zostać ujawniona naszym ludziom i cudzoziemcom, którzy są tym zainteresowani.
To tylko jedna strona, ale być może bardzo ważna. Dlatego im więcej archiwalnych materiałów zostanie u nas opublikowanych, im więcej ich trafi do wolnego dostępu, tym lepiej. Ostatecznie, uważam, że powinniśmy stworzyć taki system archiwów wojskowych, który umożliwi każdemu obywatelowi Rosji i każdemu zainteresowanemu cudzoziemcowi praktycznie w swobodnym trybie dotrzeć do każdego odtajnionego dokumentu, a teraz nadszedł czas, aby zrobić to praktycznie ze wszystkimi dokumentami.

Izw.: Dymitrze Anatoliewiczu, koalicja antyhitlerowska zjednoczyła, wydawałoby się, nie do pogodzenia pod względem ustroju, kraje. Blokowa jedność pomogła odnieść zwycięstwo nad potężnym i dobrze zorganizowanym przeciwnikiem. Polityka bloków zachowała się i później. Rosja teraz znajduje się tylko w bloku OUBZ, których ogólne siły zbrojne nie są porównywalne np. z siłami NATO. Czy możliwe jest przystąpienie Rosji do jakiegoś sojuszu wojskowego?

D.M.: Moim zdaniem, koniec "zimnej wojny" i blokowego myślenia zdołał zjednoczyć Europę, otrzymać taką Europę, w której i żyje się komfortowo, i do której ciekawie przyjechać. Mam na myśli i Zachodnią i Wschodnią Europę, i Rosyjską Federację. System blokowy do niczego dobrego nie prowadzi. Chociaż istnieje punkt widzenia, że jeśli są bloki, to jest równowaga. Oto był Układ Warszawski i NATO, wszystko było w stanie równowagi, a jak tylko jeden blok zniknął, zaczęły się wojny, zaczął się podział. To jednostronne stanowisko, chociaż niewątpliwie konieczna jest obecność przeciwwagi w świecie. Kwestia w tym, co to za przeciwwagi, jakie powinny być, czy powinny być oparte tylko na broni, czy tylko na strategii powstrzymywania? Według mnie nie.
Szczególnie dlatego mówimy teraz o wielobiegunowym świecie, ponieważ w przeciwnym wypadku trzeba by było dojść do wniosku, że tylko jeden blokowy system bezpieczeństwa jest zdolny zabezpieczyć świat i pomyślność na naszej planecie. Ale to nie tak. Wydarzenia lat 90-ych w Europie, na Bliskim Wschodzie, na Kaukazie, w innych miejscach dowodzą, że żaden blok w taki sposób swoich zadań rozwiązać nie jest w stanie i bezpieczeństwa, niestety, na należytym poziomie utrzymać nie może. Stąd konieczność stworzenia takich mechanizmów, które będą pracować w pozablokowym trybie.
Ale my mamy partnerskie zobowiązania: jest OUBZ - Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, gdzie wchodzą bardzo bliskie nam państwa. Nie jest to blok wojskowy w tradycyjnym sensie tego słowa, ale organizacja, która powinna zapewnić bezpieczeństwo państw, które się zjednoczyły. Przypomnę, że zgodnie z ustawą tego układu i odpowiedniej organizacji, atak na jeden z krajów jest uważany za atak na wszystkich, tak jak i w NATO. Ale to nie znaczy, że powinniśmy wrócić do myślenia blokowego i próbować, powiedzmy, z OUBZ uczynić nowy Układ Warszawski, napompować go uzbrojeniem, potęgą i bez końca konkurować z Paktem Północnoatlantyckim. Wiemy, jaki wpływ wywarła taka konkurencja na Związek Radziecki, jak uciążliwy był dla naszego kraju wyścig zbrojeń i do czego to doprowadziło: nieefektywność gospodarki, niekończący się wyścig zbrojeń, rozpad państwa.
Przy tym oczywiście jesteśmy zobowiązani do ochrony naszych strategicznych możliwości. Świat jest skomplikowany, szereg krajów dąży do posiadania broni jądrowej, ktoś próbuje nowych środków. Mając to na uwadze, nie możemy zapominać o bezpieczeństwie. Składniki naszej strategii jądrowej są bardzo skutecznym elementem obrony interesów narodowych. Nie powinniśmy wyolbrzymiać ich znaczenia, ale w żadnym wypadku nie należy nie doceniać ich możliwości wpływu na światowy rozkład sił. Powinniśmy zajmować się doskonaleniem swojego systemu obronnego i jednocześnie pertraktować z naszymi głównymi partnerami, co właściwie robiliśmy w ostatnim czasie, w szczególności, gdy podpisaliśmy z Amerykanami nowy traktat o ograniczeniu strategicznego uzbrojenia ofensywnego. Tym samym osiągnęliśmy kompromis, który pozwala nam bronić swoich interesów, Amerykanom swoich, i jednocześnie nie rozsadzać sytuacji wokół. Wydaje mi się, że ta droga jest najbardziej słuszna.

Izw.: W czasie pieriestrojki, kiedy ludzie radzieccy otwierali drzwi na świat, było wrażenie, że cywilizacja dojrzała, urządzenie świata okrzepło i nic podobnego do II wojny światowej już nigdy się nie zdarzy. Ale minęło 20 lat. I świat znowu rozdzierają sprzeczności. Według Pana, czy jest - choć hipotetyczna - możliwość powtórzenia konfliktu, porównywalnego z rozmiarami II wojny światowej?

D.M.: Taki konflikt, niestety, jest możliwy, i jest to związane z tym, że istnieją bardzo różne kraje z bardzo różnymi interesami. Na planecie znajduje się ogromna ilość broni, są ludzie, którzy do tej pory rozważają wojnę jako sposób rozwiązania swoich politycznych problemów. Są wreszcie przypadki. Dlatego powinniśmy być do tego przygotowani. Co trzeba zrobić?
Już o tym mówiłem: potrzebna praca w ramach wspólnoty międzynarodowej, w ramach ONZ, na kontynencie europejskim w ramach OBWE, zawarcie nowych porozumień w rodzaju traktatu o bezpieczeństwie europejskim. Wszystkim tym zajmujemy się i nadal będziemy się zajmować.
I, oczywiście, musimy być silni. Musimy być przygotowani na fakt, że pojawią się jakieś problemy. To absolutnie niezaprzeczalne. Niezależnie od tego, jak miłujemy pokój, musimy być przygotowani do obrony naszego kraju. A to oznacza - Siły Zbrojne, względy dla wojska, stworzenie nowoczesnego uzbrojenia, to normalne warunki życia i płace dla wojskowych, wydajna, zwarta, ale silna, dobrze wyszkolona armia, w której służą dobrze przygotowani oficerowie i żołnierze. Wszystko to jest bezwzględnie konieczne, to bezwzględny priorytet naszego życia. Jako naczelny głównodowodzący, zwracałem i będę na to zwracać baczną uwagę, bo w przeciwnym razie możemy się okazać słabymi w obliczu pojawiającego się zagrożenia.

Izw.: W czasach ZSRR, niekończąca się zimna wojna była postrzegana jako nieprzyjemne, chociaż całkiem zrozumiałe zjawisko - trwała walka dwóch przeciwstawnych systemów politycznych. A teraz od prawie dwudziestu lat ani ZSRR, ani komunizmu nie ma. Jednak zimna wojna nadal istnieje. Dlaczego w Ameryce i niektórych innych krajach utrzymuje się brak zaufania do Rosji?

D.M.: Ja Panu nawet więcej powiem: i w naszym kraju wśród ludzi istnieje brak zaufania i do Ameryki, i do innych krajów Paktu Północnoatlantyckiego, niektórych innych wielkich światowych graczy. Z czym to się wiąże? Z naszą historią, z naszym wzajemnym postrzeganiem siebie. Pamiętamy, co było w okresie sowieckim. Tenże zestaw poglądów, zestaw wyobrażeń o sobie. Pamięta Pan, co nam mówili w szkole o Amerykanach, o Europejczykach! To było stanowisko absolutnie ideologiczne. Było fałszywe, albo, w każdym razie, nie całkiem prawdziwe. Miało całkowicie oczywiste cele, abyśmy postrzegali tych, którzy tam żyją, jako naszych wrogów. To sposób na podtrzymanie efektywności zarządzania państwem, w tym na realizację pewnych politycznych zadań.
Tak samo było u nich. I, według mnie, jeśli mówić o współczesnej sytuacji, ona zachowuje w sobie zarysy dawnych stereotypów. To rzeczywiście charakterystyczne dla zachodniego świata. Ponieważ, szczerze mówiąc, wielu naszych ludzi w końcu lat 80-ych i na początku lat 90-ych bardzo dążyło do nowego życia. I, wie Pan, był taki okres romantyzmu we wzajemnych stosunkach z Zachodem. Uważaliśmy, że na nas czekają, że tacy jesteśmy otwarci, nowocześni, już nie zagrażamy nikomu, szybko i łatwo włączymy się w szereg innych cywilizowanych, rozwiniętych państw.
Stało się trochę inaczej. Po pierwsze, sami okazaliśmy się nie całkiem gotowi to szybko zrobić, ponieważ jest inercja myślenia, była i jest konieczność stworzenia w naszym kraju nowoczesnego systemu gospodarczego. Ale i na zachodzie nie wszyscy okazali się gotowi do porzucenia stereotypów.
Jeśli spojrzeć na to, co jest przedmiotem dyskusji w parlamentach i politycznych strukturach innych państw, czasami ogarnia nas zdumienie. Zachowują się takie pozostałości "zimnej wojny", takie, szczerze mówiąc, głupstwa, i w zakresie ograniczeń, które były kiedyś nałożone na ZSRR, i w zakresie wyobrażeń o tym, jak u nas wszystko zorganizowane, nawet na życiowym poziomie. Wie Pan, czasami, kiedy oglądam filmy wyprodukowane w Hollywood, dziwię się, jak pokazują współczesną Rosję. To po prostu zestaw jakichś fantasmagorycznych wyobrażeń. Ta fantasmagoria wgryza się w umysł, na nas patrzą przez pryzmat odpowiednich produktów reklamowych, filmów, książek: Rosja - to kraj, gdzie stale pada deszcz i śnieg, gdzie wszystko niezorganizowane, ludzie źli, szklankami piją wódkę, do niczego innego niezdolni, agresywni, chcą się bić, idą do ataku w każdej chwili, nie można nadstawiać im grzbietu, bo uderzą od tyłu. To bardzo źle!
Ja nawet rozumiem, że być może to nie dzieje się specjalnie - żeby skłócić narody. Ale to stereotypy, które szkodzą wzajemnemu zrozumieniu i ostatecznie zatruwają atmosferę na planecie. To dotyczy nie tylko Rosji. Takie stereotypy istnieją w odniesieniu do szeregu innych dużych, rozwijających się krajów, naszych sąsiadów. Wydaje mi się, że trzeba się od nich uwolnić. Tu i my mamy nad czym popracować. Nie chciałbym rzucać kamieniami tylko w stronę Amerykanów albo Europejczyków, u nas także dużo wszelkich błędów. Ale wydaje mi się, że mimo wszystko zrobiliśmy dużo poważniejszy krok naprzód.

Izw.: Do tej pory między Rosją i Japonią nie ma traktatu pokojowego. Japończycy wiążą jego zawarcie ze zwrotem południowych Wysp Kurylskich. Czy jest szansa na znalezienie kompromisu i zawarcie takiego porozumienia?

D.M.: Wie Pan, nie znajdujemy się w stanie wojny z Japonią od 1956 roku, kiedy została podpisana znana deklaracja. Między naszymi krajami panują normalne stosunki, rozwijają się polityczne i gospodarcze kontakty. Są problemy, w tym znane kwestie terytorialne. Problem traktatu pokojowego, który Japończycy wiążą z rozwiązaniem kwestii terytorialnej, jest bardzo skomplikowany, ale to nie znaczy, że nie trzeba się nim zajmować. Staramy się zajmować tym tematem, mając na względzie nasze własne wyobrażenia o tym, w jaki sposób mógłby być rozwiązany, przede wszystkim z uwzględnieniem interesów Rosyjskiej Federacji. To samo robią nasi japońscy partnerzy.
Myślę, że jeśli będziemy się tym zajmować aktywnie, uczciwie, jeśli zrzekniemy się tak zwanych skrajnych punktów widzenia, to ostatecznie w perspektywie historycznej ten problem jest możliwy do rozwiązania.

Izw.: 7 maja mija równo dwa lata od objęcia przez Pana stanowiska prezydenta Rosji. Troska o weteranów wojny i zaplecza, pensje i mieszkania dla nich - to jedna z oczywistych osiągnięć tych dwóch lat. Według Pana, co jeszcze jest niewątpliwym sukcesem tych dwóch lat, kiedy Pan kieruje krajem?

D.M.: Wie Pan, to byłoby nieskromne i niewłaściwe, gdybym mówił o jakichś sukcesach. Trzeba krytycznie odnosić się do swojej działalności. Jeśli coś zrobiłem dobrze - to świetnie. Ale jeśli chodzi o weteranów, powiem jedną rzecz, która według mnie ma rzeczywiście podstawowe znaczenie. 7 maja 2008 roku, w dniu objęcia stanowiska, podpisałem odpowiedni dekret o tym, żeby rozwiązać problem mieszkań dla weteranów. I to zrobiliśmy. W najbliższym czasie mieszkania otrzymają ci, którzy zarejestrowali się wcześniej, a w najbliższej perspektywie wszyscy pozostali, którzy zrobili to po 1 marca 2005 roku.
Weterani rzeczywiście znajdują się w strefie naszej szczególnej uwagi. Staramy się zajmować różnymi programami. Niedawno odwiedziłem szpital, popatrzyłem, jak on nieźle wygląda - szpital weteranów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. U nas takich szpitali ponad pięćdziesiąt, na nie teraz wydziela się pieniądze, pojawia się nowy sprzęt medyczny. Nawet przeprowadziliśmy konkurs, postanowiliśmy lekarzom, którzy tam pracują, cokolwiek pomóc finansowo.
Chociaż jakoś mogliśmy rozjaśnić to skomplikowane życie, które tak się ułożyło naszym weteranom, chociaż przy pomocy pieniężnych wypłat. To nie są jakieś niesamowite pieniądze, ale wydaje mi się, że to, co dzisiaj weteran Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, uczestnik wojny lub inwalida wojenny, średnio otrzymuje około 23 tys. rubli, przy uwzględnieniu rozmaitych zasiłków, wypłat, to mała cząstka naszej odpowiedzialności, naszych zobowiązań wobec weteranów, którą wypełniliśmy. I oczywiście będziemy się tym dalej zajmować. To nadzwyczaj ważne dla naszej przyszłości. Dla tego, żeby przyszłe pokolenia również we właściwy sposób odnosiły się do przyszłych weteranów. Dla tego, aby nie przerwała się nić czasu między ludźmi, między pokoleniami, między współczesnym pokoleniem i tymi, którzy zdobyli nam takie trudne zwycięstwo.

Izw.: Dymitrze Anatoliewiczu, w Rosji i innych europejskich krajach znajduje się dużo pomników poświęconych wydarzeniom i bohaterom II wojny światowej. Który pomnik wywarł na Panu najsilniejsze wrażenie?

D.M.: Jestem z Leningradu i oczywiście dla mnie to leningradzkie miejsca są wyjątkowe. W latach szkolnych i później często chodziłem na Piskariowkę. Pochowano tam bardzo wielu ludzi. My nie tylko nie znamy ich imion i nazwisk, nawet nie znamy ich ogólnej liczby. Nie ma nawet tablic nagrobnych, po prostu napisano, że pochowany w 1941, 1942. To bardzo smutne i bardzo silnie wbija się w pamięć. Metronom, który dźwięczy tam, gdy podchodzisz do pomnika...
Oprócz leningradzkiego Cmentarza Piskariowskiego oczywiście bywałem i bywam w innych miejscach. Nie mogę nie wymienić absolutnie wspaniałego Kurhanu Mamaja. Wiele razy w ostatnich latach tam byłem. To unikalne miejsce, nie tylko z punktu widzenia wpływu na Wielką Wojnę Ojczyźnianą, na jej rozwój, ale też unikalne energetycznie. Kiedy tu przychodzisz, czujesz taką harmonię, kontakt z wydarzeniami tego okresu.
Nie można nie wspomnieć o jeszcze jednym wydarzeniu, które miało miejsce stosunkowo niedawno i w którym brałem osobiście udział. Chodzi o ceremonię zapalenia Wiecznego Ognia po odnowieniu Pomnika Nieznanego Żołnierza w Aleksandrowskim Sadzie. To absolutnie osobiste emocje, ale one na tyle silne, że nie mogę o tym mówić. Wie Pan, dla mnie, naprawdę, na płaszczyźnie emocjonalnej to był jeden z najmocniejszych dni w moim życiu: ogromna odpowiedzialność i bezpośredni kontakt z naszą historią. Tego dnia nigdy nie zapomnę.

Izw.: Dziękuję, Dymitrze Anatoliewiczu, za wywiad. Pozdrawiam z dniem Zwycięstwa!

D.M.: Dziękuję bardzo. Życzę Panu sukcesów, Pańskiej gazecie również. A za pośrednictwem gazety chciałbym serdecznie pozdrowić wszystkich naszych weteranów z okazji nadchodzącego święta, pozdrowić cały nasz kraj, dlatego, że Dzień Zwycięstwa w naszym kraju postrzegany jest jako absolutnie narodowe święto.



(tł. Marzena Zawodzińska za www.izvestia.ru)


Komentarze
gjw dnia maj 27 2010 02:27:48
Ogromna praca i to społeczna. Dziękuję! Jedna poprawka, którą koniecznie muszę dodać:

"pomysł uspokojenia agresora" - powinno chyba być: zaspokojenia (rzucenia kogoś na pożarcie)

Trudno coś wybrać jako najważniejsze; właściwie 90 % tego to bardzo ważne rzeczy, z tego około połowy zupełnie nowe. Jak dla mnie jednak (zupełnie subiektywnie):

System blokowy do niczego dobrego nie prowadzi. Chociaż istnieje punkt widzenia, że jeśli są bloki, to jest równowaga. Oto był Układ Warszawski i NATO, wszystko było w stanie równowagi, a jak tylko jeden blok zniknął, zaczęły się wojny, zaczął się podział. To jednostronne stanowisko, chociaż niewątpliwie konieczna jest obecność przeciwwagi w świecie. Kwestia w tym, co to za przeciwwagi, jakie powinny być, czy powinny być oparte tylko na broni, czy tylko na strategii powstrzymywania? Według mnie nie.
Szczególnie dlatego mówimy teraz o wielobiegunowym świecie, ponieważ w przeciwnym wypadku trzeba by było dojść do wniosku, że tylko jeden blokowy system bezpieczeństwa jest zdolny zabezpieczyć świat i pomyślność na naszej planecie. Ale to nie tak. Wydarzenia lat 90-ych w Europie, na Bliskim Wschodzie, na Kaukazie, w innych miejscach dowodzą, że żaden blok w taki sposób swoich zadań rozwiązać nie jest w stanie i bezpieczeństwa, niestety, na należytym poziomie utrzymać nie może. Stąd konieczność stworzenia takich mechanizmów, które będą pracować w pozablokowym trybie.
Ale my mamy partnerskie zobowiązania: jest OUBZ - Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, gdzie wchodzą bardzo bliskie nam państwa. Nie jest to blok wojskowy w tradycyjnym sensie tego słowa, ale organizacja, która powinna zapewnić bezpieczeństwo państw, które się zjednoczyły. Przypomnę, że zgodnie z ustawą tego układu i odpowiedniej organizacji, atak na jeden z krajów jest uważany za atak na wszystkich, tak jak i w NATO. Ale to nie znaczy, że powinniśmy wrócić do myślenia blokowego i próbować, powiedzmy, z OUBZ uczynić nowy Układ Warszawski, napompować go uzbrojeniem, potęgą i bez końca konkurować z Paktem Północnoatlantyckim. Wiemy, jaki wpływ wywarła taka konkurencja na Związek Radziecki, jak uciążliwy był dla naszego kraju wyścig zbrojeń i do czego to doprowadziło: nieefektywność gospodarki, niekończący się wyścig zbrojeń, rozpad państwa.


Wie Pan, czasami, kiedy oglądam filmy wyprodukowane w Hollywood, dziwię się, jak pokazują współczesną Rosję. To po prostu zestaw jakichś fantasmagorycznych wyobrażeń. Ta fantasmagoria wgryza się w umysł, na nas patrzą przez pryzmat odpowiednich produktów reklamowych, filmów, książek: Rosja - to kraj, gdzie stale pada deszcz i śnieg, gdzie wszystko niezorganizowane, ludzie źli, szklankami piją wódkę, do niczego innego niezdolni, agresywni, chcą się bić, idą do ataku w każdej chwili, nie można nadstawiać im grzbietu, bo uderzą od tyłu. To bardzo źle!
Ja nawet rozumiem, że być może to nie dzieje się specjalnie - żeby skłócić narody. Ale to stereotypy, które szkodzą wzajemnemu zrozumieniu i ostatecznie zatruwają atmosferę na planecie. To dotyczy nie tylko Rosji. Takie stereotypy istnieją w odniesieniu do szeregu innych dużych, rozwijających się krajów, naszych sąsiadów. Wydaje mi się, że trzeba się od nich uwolnić. Tu i my mamy nad czym popracować. Nie chciałbym rzucać kamieniami tylko w stronę Amerykanów albo Europejczyków, u nas także dużo wszelkich błędów. Ale wydaje mi się, że mimo wszystko zrobiliśmy dużo poważniejszy krok naprzód.

Wie Pan,
to byłoby nieskromne i niewłaściwe, gdybym mówił o jakichś sukcesach
. Trzeba krytycznie odnosić się do swojej działalności.
Marzena Zawodzinska dnia maj 27 2010 07:16:36
Dziękuję, poprawiłam. Nie ukrywam, że kilka sformułowań budziło moje wątpliwości, ale mam nadzieję, że efekt nie jest najgorszy.
Adam Smiech dnia maj 27 2010 08:43:17
Efekt jest wspaniały. Może się mylę, ale chyba nikt w Polsce nie pofatygował się, aby ten, jakże ważny wywiad, w całości przetłumaczyć i przedstawić szerokiemu gremium czytelników. No, ale po co, prawda? Przecież w przypadku Rosji infantylni niby-politycy i dziennikarze odpowiedzi mają gotowe i żadnych nowych źródeł nie potrzebują...
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
W naszym serwisie

POST NA FORUM SERWISU ANTY ORANGE

ARTYKUŁY PROF. WIKTORA POLISZCZUKA...

ARTYKUŁY L. KULIŃSKIEJ
Tłumaczenia JN






















Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Copyright © 2006, 2007, 2008, 2009, 2010, 2011, 2012, 2013, 2014