Jednodniówka Narodowa :: jednodniowka.pl
Strona Główna Artykuły Galeria ForumMarzec 21 2019 03:04:07
Nawigacja
Strona Główna
Artykuły
Galeria
Kategorie aktualności
Linki
Szukaj

Forum

Redakcja
Kontakt
Archiwalna wersja JN
Regulamin komentarzy
Użytkowników Online
Gości Online: 5
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 70
Najnowszy Użytkownik: carlos
Losowe zdjęcie
24
24
Irak
Polecamy

Wątki na Forum
Najnowsze Tematy
Wojna ekonomiczna USA
Ataki wrogów Narodow...
Pakt Ribbentrop-Beck...
Reforma SN polityka ...
Wolna Polska narodowa
Najciekawsze Tematy
Uczmy się angiels... [50]
Kto pomoże mi sfo... [46]
Bałkany [35]
Klerykalna Partia... [33]
Mateusz Piskorski... [32]
Shoutbox
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

Adam Smiech
10/03/2014 10:21
No, ostrożnie ze słowami, panie anonimie! Może by tak zerwać przyłbicę i stanąć, jak mężczyzna, twarzą w twarz? Brak argumencików, to plujemy, co?

Yareck
04/03/2014 21:18
Jesteście ostoją... politycznej prostytucji. Więcej pisać nie trzeba!!!

Piotr Kolczynski
22/01/2012 21:55
Może być?

Marzena Zawodzinska
11/11/2011 22:18
Porządek by trzeba zrobić...

Marzena Zawodzinska
31/10/2011 07:55
Ten shoutbox jest za nisko, nie widać go.

Archiwum
Co się dzieje z kulturą?
Jednodniówka Narodowa

Wystarczy się przyjrzeć niektórym osobom występującym w telewizji. Można odnieść wrażenie, że przed kamery wpuszcza się dziś ludzi, którzy dawniej mogliby co najwyżej pod nimi zamiatać. "Wyluzowani", pewni siebie - "uprawiają kulturę", bo grają rap albo malują graffiti. To, że są pokazywani, promowani, nagradzani, tylko utrzymuje ich, oraz nieświadomych telewidzów, w przekonaniu, że mają do czynienia z prawdziwą sztuką. Tymczasem nawet najsilniejsze przekonania nie mają żadnego znaczenia, jeśli nie odzwierciedlają rzeczywistości! A w rzeczywistości rap, techno i tym podobne wynaturzenia nie tylko nie mają nic wspólnego z muzyką, ale są niebezpieczne: zabijają wrażliwość, ogłuszają, często budzą agresję. Jakże łatwo potem powiedzieć, że muzyka klasyczna jest nudna i niczego nie wyraża. Jak łatwo wykręcić się znanym powiedzeniem, iż "o gustach się nie dyskutuje". To prawda, tylko że gust można mieć wyrobiony albo spaczony. Podobnie w przypadku graffiti - nie ma ono nic wspólnego z malarstwem. To bohomazy rażące ostrymi kolorami i matrycujące wyobraźnię. Tylko w takim razie dlaczego się je toleruje, a nawet akceptuje i promuje?

Źródła takiej postawy tkwią bardzo głęboko w określonym światopoglądzie. Jednym z jego przejawów jest pozornie niewinne stwierdzenie: "Niech czyta cokolwiek, byle czytał". Osoby, które je powtarzają, zapewne nie zdają sobie sprawy z jego szkodliwości, ponieważ mają na uwadze wyłącznie pozytywny aspekt czytelnictwa. Komuś, kto czyta, nie grozi "analfabetyzm funkcjonalny". I do tego celu rzeczywiście wystarczy czytać cokolwiek. Ale czy człowiek naprawdę może i powinien wyznaczać sobie tylko taki cel? Zwolennicy "czytania czegokolwiek" twierdzą, że nie każdy przecież musi obcować z wielką literaturą bądź wielką muzyką, i to jest prawda. Niektórzy nigdy nie wyjdą poza Harlekiny, brukowe kryminały, disco polo bądź rap. Ale czy to znaczy, że mamy tego nauczać w szkołach i traktować na równi z prawdziwą kulturą tylko dlatego, że "nie powinno się zmuszać", bo młodzież "i tak nie będzie chciała czytać/słuchać" czegoś innego, na poziomie?

W książce "Z młodzieżą spokojnie o wolności" ks. Piotr Pawlukiewicz opowiada o swojej przygodzie z muzyką poważną. Od swojej nauczycielki gry na fortepianie otrzymał kiedyś bilet do filharmonii, na koncert Musorgskiego. Poszedł, choć nie miał ochoty i bardzo się męczył, podobnie zresztą jak na kolejnych koncertach. Dopiero za siódmym czy ósmym razem go "chwyciło" i od tej pory sam dopytywał się o bilety. Całą opowieść podsumował w taki sposób: I tak sobie myślę, że gdyby nie ta kobieta i jej swoisty pedagogiczny przymus, to może do dziś muzyka poważna byłaby dla mnie czymś zupełnie obcym. (...) należy stwierdzić, że robienie pewnych rzeczy na siłę może nas doprowadzić do odkrycia czegoś, czego nigdy byśmy inaczej nie docenili. (3) A zatem rezygnacja z przymusu, redukcja obowiązkowych lektur ("bo i tak nie czytają"), zgoda na rapowanie w szkole ("bo nic innego do nich nie trafia") to w gruncie rzeczy wielka krzywda dla młodych ludzi i świadome zubożanie ich świata! Kryje się w tym również sugestia, iż młodzież jest, delikatnie mówiąc, mało inteligentna, bo skoro trzeba się zniżać do jej poziomu, aby coś "trafiło"...

Oczywiście nie sposób wymagać od innych, gdy jednocześnie nie stawia się wymagań sobie. A nisko postawioną poprzeczkę da się pokonać prawie bez wysiłku, więc i o "sukces pedagogiczny" nietrudno. Wtedy taki "postępowy" nauczyciel może się pochwalić tym na przykład, że jego uczniowie "Pana Tadeusza" co prawda nie przeczytali, ale za to jak ładnie rapują "Litwo, Ojczyzno moja". Sukces!

Zwolennicy "czytania/słuchania/oglądania czegokolwiek" nie biorą pod uwagę jeszcze jednej kwestii. Otóż przyswajane bez selekcji treści mogą być dla młodego umysłu szkodliwe - nie tylko wypaczać wyobraźnię, ale też fałszować wizję świata i obraz człowieka, manipulować myślami i emocjami. Dla "nowoczesnego wychowawcy" to nie do pomyślenia - jeśli coś może być szkodliwe, to tylko "totalniackie myślenie", "narzucanie" innym "jedynej słusznej prawdy", od której przecież trzeba się uwolnić. I tu zbliżamy się do sedna sprawy - postulowana "wolność" ma być wolnością nie tylko od nakazów i zakazów (niektóre czasem się przydają), ale przede wszystkim od prawdy, obiektywnej rzeczywistości, tradycji, wartościowania, a ostatnio również historii i jej "upartych faktów". Wszystko, co nas ogranicza, ma przestać istnieć, także w kulturze i sztuce. W takiej sytuacji kiczem będzie już chyba tylko jeleń na rykowisku, bo różne cyferki, paski, "mazy", biegający goli faceci, wydłubane oczy to "artystyczne instalacje" (4). A kto się z tym nie zgadza, z pewnością jest głupi i nie nadaje się na swoje stanowisko, zupełnie jak w baśni "Nowe szaty cesarza". Tam również nikt nie miał odwagi publicznie zawołać, że "król jest nagi". Ale kiedy zrobiło to dziecko, wszyscy posłuchali. Dzisiaj głos wołających jest zagłuszany i wyśmiewany. A współczesna kultura osiąga już dno i nie wiadomo, czy może jeszcze spaść niżej. Podobnie jak kiedyś Freud na podstawie wyników badań psychicznie chorych wyciągał wnioski dotyczące również ludzi zdrowych, tak dzisiaj „twórcy” obserwują margines, aby przekazywać prawdy (?), które mają być uniwersalne. To już nie tylko unowocześnianie na siłę klasyki, to wulgaryzacja sztuki, nazywana nie wiadomo dlaczego „odwagą”. Wszystko już było, więc trzeba sięgnąć w jakieś nowe miejsce, np. do... kloaki. Czy w takiej sytuacji można jeszcze mówić o jakiejś wrażliwości?

Warto na koniec zasygnalizować chociaż jeszcze jeden problem, jakim jest "ekonomizacja", a co za tym idzie, komercjalizacja kultury. W "Tygodniku Powszechnym" z 2007 r. czytamy: Środki europejskie mogą pomóc w ekonomizacji kultury i jej włączeniu w krwiobieg gospodarczy. (5) Co kryje się za tą liberalną retoryką? Przede wszystkim całkowite odwrócenie hierarchii wartości. Zdaje się jednak, - czytamy dalej - że niektórzy mylą środki europejskie z dofinansowaniem ochrony zabytków i instytucji kulturalnych przez państwo (to tylko inna, „zastępcza" kieszeń) i uważają, że hierarchia wydawania pieniędzy unijnych winna być zgodna ze znaczeniem poszczególnych obiektów dla kultury narodowej, nie zaś z jakością składanych projektów i potrzebami lokalnymi. Wystarczy wspomnieć oburzenie władz jednego z najważniejszych polskich muzeów, które nie rozumiały, dlaczego ich cenna placówka ma konkurować z.... Centrum Bajki w Pacanowie! Dla nich ważny nie był pomysł, ale ranga placówki i jej zbiory. Argument zapewne trafny, jednak nie w przypadku funduszy europejskich. Jak podkreśla Paweł Jaskanis, dyrektor Muzeum Pałacu w Wilanowie, zadaniem funduszy europejskich nie jest jedynie ochrona czy konserwacja, lecz także wsparcie społecznej roli obiektu. (6) Czyli Unia daje nam pieniądze na kulturę, ale rozdzielając je, mamy stosować unijną pokręconą i postawioną na głowie hierarchię! Oczywiście trudno się dziwić, że eurokołchozowi nie zależy na wspieraniu polskiego dziedzictwa narodowego. Tylko w konsekwencji każe nam się przyjąć jako równorzędne dwie różne hierarchie, które równorzędne nie są, bo w tym przypadku obiektywnie żadna "społeczna rola" nie jest ważniejsza od rangi placówki i jej zbiorów. Zwłaszcza "społeczna rola" w ocenie współczesnych liberałów. Dlatego żadne z najważniejszych polskich muzeów z Centrum Bajki konkurować nie powinno. Autor artykułu ubolewa również, że kultura nie została do tej pory poddana transformacji - jako jedyny duży sektor publiczny. "Większość ministrów kultury po roku 1989 broniła kultury w Polsce przed rynkiem, zamiast kreować rynek dla kultury. To, że kultura postrzegana jest ciągle jako sektor nieprodukcyjny, w jakiś sposób potęguje konflikt pomiędzy tym, co rozumiemy pod pojęciem dziedzictwa, a tym, co określamy jako rozwój" - pisał przed kilkoma laty Jacek Purchla. (7) Lektura tego typu liberalnego bełkotu skłania do postawienia kilku ważnych pytań. Po pierwsze, dlaczego rozwój kultury miałby się wiązać z "produkcją"? Produkuje się towary - taśmowo, masowo, czyli na dużą skalę, a zatem coraz bardziej tandetnie. Zwłaszcza, że towar trzeba przecież sprzedać, i to z zyskiem. Do tego ma zmierzać kultura i na tym ma polegać "rozwój"? Po drugie, czy to, co "rozumiemy pod pojęciem dziedzictwa", również powinno być postrzegane jako "sektor produkcyjny", a jeśli tak, to w jakim zakresie? I po trzecie, cóż to znaczy "kreować rynek dla kultury"?

A zatem, gdy przyglądamy się współczesnym losom polskiej kultury, widzimy, że zacytowana na wstępie opinia jest dziś zbyt łagodna. Trudno się dziwić - pochodzi z roku 2000, kiedy aż takie wynaturzenia nie miały miejsca, bo wtedy jeszcze nie mogły. Zabijanie wrażliwości następuje stopniowo, małymi krokami - od pojedynczych wulgaryzmów do "sztuki fekalnej". Odbiorca się przyzwyczaja i można posunąć się dalej. Nie bez powodu Katarzyna Kozyra, rzeźbiarka, "etatowa skandalistka", powiedziała kiedyś w wywiadzie, iż w głowie jej się nie mieści, że to, co robi, może kogoś szokować. Ale skoro jeszcze szokuje, to może nic straconego - wszak każda moda kiedyś przemija. Historycy sztuki, literatury wiedzą, że w każdej epoce byli tacy, co próbowali "tworzyć", a teraz prawie nikt nie pamięta ich nazwisk. Można mieć nadzieję, że i współcześni "twórcy" ze swoimi "dziełami" trafią kiedyś tam, gdzie ich miejsce, to znaczy na śmietnik historii. Żeby jeszcze można było naprawić szkody, jakie wyrządzili...


Marzena Zawodzińska

Przypisy:
1.Krąpiec M.A., O chrześcijańską kulturę, Lublin 2000, s. 39
2.Ibidem, s. 41
3.Pawlukiewicz P., Z młodzieżą spokojnie o wolności, Warszawa 1995, s. 97-98
4.Przykłady zostały opisane w artykule Jana Bodakowskiego „Sztuka nowoczesna” - niszczyciel kultury narodowej. Źródło: „Myśl Polska” 2009, nr 47, s. 13
5.Kosiewski P., Lata tłuste, „Tygodnik Powszechny” 2007, nr 7, s. 25
(Kosiewski P., Lata tłuste [online]. Tygodnik Powszechny [dostęp 07.12.2009]. Dostępny w World Wide Web: Link)
6.Ibidem
7.Ibidem

Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
W naszym serwisie

POST NA FORUM SERWISU ANTY ORANGE

ARTYKUŁY PROF. WIKTORA POLISZCZUKA...

ARTYKUŁY L. KULIŃSKIEJ
Tłumaczenia JN






















Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Copyright © 2006, 2007, 2008, 2009, 2010, 2011, 2012, 2013, 2014