Podręcznikowy wyznawca uproszczonej (i.e. - sprowadzonej do dychotomii - wal w Ruchów - kochaj Ukraińców) wersji rusofobii i ukrainofilii, poseł PiS Adam Hofman, raczył stwierdzić w wywiadzie dla RMF, że prezydent RP skompromitował się. Czyżby kolejny trop na drodze smoleńskiego opętania? Nie tym razem. Bronisław Komorowski skompromitował się, gdyż nie wystarczająco, a może nieprawidłowo, wielbi skazaną aferzystkę i odstawioną tymczasowo od żłobu ukraińską oligarchinię - Julię Tymoszenko! Prawidłowo i wystarczająco wielbią ją za to w PiS-ie, znanym nie od dziś z fanatyzmu proukraińskiego, który za czasów zmarłego prezydenta Kaczyńskiego, objawił się intensywnym i tragicznym z punktu widzenia interesów Polski, wspieraniem przez tegoż otwartego banderowca w osobie Wiktora Juszczenki. Nie wątpię, że prezydent Komorowski, miałkim zwyczajem PO, będzie szukał rozwiązania zadowalającego własne giedroyciowskie zaplecze (już to uczynił wzywając Ukrainę do zmiany prawa), niemniej, w sprawie wzywania, czy też właściwie nie wezwania do bojkotu Ukrainy w związku ze zgodnym z prawem i wielce łagodnym w formie więzieniem Tymoszenko, postąpił słusznie. Zresztą, mniejsza z tym.
Ważniejsze jest to, co mówi PiS ustami p. Hofmana. Ważniejsze, bo przecież PiS sam się kreuje i jest kreowany przez różne Gazety Polskie, Nasze Dzienniki i przede wszystkim, Radio Maryja, na jedyną słuszną, patriotyczną i odwołującą się do najwznioślejszych tradycji polskich partię.
6.05.2012 r. wracając z Karkonoszy, nadłożyłem nieco drogi podjeżdżając do Polanicy Zdroju, i odwiedziłem (wreszcie!) na tamtejszym cmentarzu, grób jednego z najwybitniejszych przedstawicieli Narodowej Demokracji - Stanisława Kozickiego, polityka, publicysty i autora wielu publikacji, który po wojnie, wraz z Małżonką Marią, zamieszkał w tym urokliwym mieście zdrojowym. Kozicki (1876-1958) był członkiem Ligi Narodowej, Komitetu Narodowego Polskiego, sekretarzem delegacji polskiej na konferencję w Wersalu, a także posłem na Sejm, ambasadorem Polski w Rzymie oraz redaktorem naczelnym Gazety Warszawskiej. Był autorem setek artykułów oraz m.in. następujących książek: Sprawa granic Polski na konferencji pokojowej w Paryżu, Dziedzictwo polityczne trzech wieszczów i Historia Ligi Narodowej. Kwerenda przeprowadzona w bibliotekach zwykłych i cyfrowych przez piszącego te słowa wykazała, że Stanisław Kozicki był również płodnym publicystą w okresie powojennym! Współpracował z Tygodnikiem Warszawskim, Kierunkami, Za i przeciw, Wrocławskim Tygodnikiem Katolików, Jego recenzje publikował Szczecin (pierwotna nazwa Tygodnika Wybrzeże). Wkrótce przedstawimy na łamach Jednodniówki Narodowej wybrane teksty Kozickiego z okresu powojennego.
Dodane przez Adam Smiech dnia maj 07 2012 11:10:49
Władze w Belgradzie uczyniły kolejny krok na drodze do UE - jak podaje lenta.ru za agencją ITAR-TASS, 1 marca w Brukseli zapadła decyzja o nadaniu Serbii statusu kandydata na członka unii. Ciekawe, że stało się to tuż po tym, jak Belgrad i Prisztina porozumiały się w sprawie Kosowa. Wcześniej, w grudniu ubiegłego roku, ta właśnie nierozwiązana kwestia stała się przyczyną odłożenia powyższej decyzji.
Jak widać unia stosuje starą i sprawdzoną metodę: raz pomacha kijkiem, innym razem pokaże kawałek marchewki, oczywiście z tej ładniejszej strony, żeby nie było widać zgnilizny. I Boris Tadić jej nie widzi, albo udaje, że nie widzi, chociaż na pierwszy rzut oka za bardzo nie wiadomo, z jakiego powodu. Niby chce uchodzić za patriotę, deklaruje, że Serbia nigdy nie uzna niepodległości Kosowa i pójdzie drogą "zachowania integralności terytorialnej kraju", ale kolejne unijne warunki spełnia. Ilu serbskich pariotów stanęło już przed "międzynarodowym trybunałem" w Hadze? Porozumienie z Prisztiną też doszło do skutku, chociaż nie w takim zakresie, w jakim by chciała unia. Serbia przyznała Kosowu prawo uczestnictwa w regionalnych organizacjach na Bałkanach, strony porozumiały się też w kwestii wzajemnej ochrony spornej granicy. Przedstawiciele UE osobiście dopilnowali, żeby dwudniowe rozmowy przyniosły chociaż takie rezultaty - odbywały się przy ich pośrednictwie. Jak podaje lenta.ru, Kosowo może teraz "brać udział w działalności regionalnych organizacji pod swoją nazwą, powołując się na rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ numer 1244. Ten dokument w 1999 roku ustanowił na terytorium prowincji czasową administrację ONZ". Pytanie, co będzie dalej? Jak daleko posunie się Bruksela w swoich żądaniach, a prezydent Tadić w ich spełnianiu? Jeśli oczywiście znowu zostanie prezydentem, bo na razie podał się do dymisji, aby umożliwić przeprowadzenie w maju wspólnych wyborów - parlamentarnych i prezydenckich.
O statusie dialektu śląskiego stale wypowiadają się różne mniej lub bardziej znane osoby, często nie mające nic wspólnego z językoznawstwem jako nauką. Tymczasem w ubiegły poniedziałek w Łodzi można było wysłuchać, co na ten temat ma do powiedzenia specjalista. Wykład prof. Bogusława Wyderki przeznaczony był w zasadzie dla wąskiego kręgu odbiorców, odbył się bowiem w siedzibie oddziału Polskiej Akademii Nauk i zgromadził przede wszystkim wykładowców Uniwersytetu Łódzkiego. A szkoda, bo tylko upowszechnienie rzetelnej wiedzy na ten temat może zapobiec przekłamaniom i manipulacji, a te niestety są powszechne.
Przede wszystkim prof. Wyderka przedstawił problem z punktu widzenia językoznawcy, choć wątku politycznego nie dało się całkowicie wykluczyć, chociażby ze względu na agresywną postawę członków i sympatyków Ruchu Autonomii Śląska oraz Śląskiego Ruchu Separatystycznego. Twierdzą oni, że muszą zwrócić na siebie uwagę, ale czy to rzeczywiście usprawiedliwia ton, jaki przyjęli? Może gdyby zaczęli od spokojnej pracy nad swoim dialektem, nie budziliby takich emocji - tak przynajmniej uważa profesor i zapewne nie tylko on. Jednak czy im naprawdę o to chodzi? "Język" śląski podobno wyraża ich tożsamość, odrębność, jest językiem domowym, rodzinnym, przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Tylko jeśli ma się stać językiem regionalnym, musi zostać skodyfikowany, ujednolicony. A to sprawi, jak słusznie zauważyła jedna ze słuchaczek, iż straci swój dotychczasowy charakter. I faktycznie, dla wielu mieszkańców Śląska stanie się językiem narzuconym, którego trzeba się uczyć. Dominujące regiony będą narzucały swoje odmiany innym, które z kolei tak łatwo nie ulegną, bo też będą chciały używać swoich. Oczywiście próby kodyfikacji są już podejmowane. Ukazał się np. śląski elementarz, który zawiera zresztą mnóstwo błędów. Nie da się ukryć, że wojujący Ślązacy ustalają śląską ortografię w opozycji do polskiej i starają się, aby zawierała jak najwięcej obcych znaków. Podobnie jest ze słownictwem. Tylko co zrobić, skoro dialekt śląski na określenie np. płaczącego dziecka ma trzy słowa, a najbardziej popularne jest "beksa"? Zacząć używać takiego, którego prawie nikt nie używa?
Mimo różnych opinii pojawiających się w toku dyskusji, ostateczny wniosek można uznać za optymistyczny. Dialekt śląski niewątpliwie jest częścią polszczyzny, a w związku z tym w sporze o jego status językoznawcy przynajmniej powinni być po naszej stronie.
(...) ...[władza w Rosji] od kilku lat konsekwentnie prowadzi politykę dekomunizacji i destalinizacji społecznej świadomości , co na co dzień widoczne jest w programach "kremlowskich" stacji TV, a co my mogliśmy zaobserwować m.in. podczas wizyt Putina na Westerplatte i w Katyniu. Zapomnieliśmy już, że gdy Putin wygrał swoje pierwsze wybory prezydenckie, udał się na "pielgrzymkę" do Aleksandra Sołżenicyna i znalazł u niego wsparcie dla państwowotwórczej polityki, w lipcu zaś 2009 r. spotkał się z wdową po pisarzu i po spotkaniu zarządził obowiązkowe wprowadzenie fragmentów "Archipelagu GUŁag" do szkolnych lektur. (...) W odróżnieniu od większości polskich polityków i dziennikarzy Putin dobrze uświadamia sobie problemy wynikające z rosyjskiej wieloetniczności, wielokulturowości, wielokonfesyjności i z ideologicznego spadku po ZSRR. I należy przyznać, że radzi sobie z nimi, skoro według wszystkich niezależnych ośrodków badań społecznych nie ma żadnego liczącego się konkurenta politycznego. To prawda, że jego wizją jest wielkomocarstwowość Rosji, budowana na świadomości zwycięstwa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, ale prawdą jest też, że nie ma on wyboru - to jedyna podstawa ideologiczna mająca masowe poparcie społeczne. (...)
Prof. Andrzej de Lazari, Tygodnik Powszechny nr 17(3276) z 22 kwietnia 2012 r., dodatek "Polityka historyczna - Historia w polityce", s. 6-7
Dodane przez Adam Smiech dnia kwiecień 25 2012 08:40:05
(...)Polacy uważają się za najbardziej proamerykański naród na świecie i chyba tak jest rzeczywiście. Interesów swoich i amerykańskich nie odróżniają. Amerykanie mają interes w tym, aby w różnych częściach świata rozmieścić bazy rakiet, których celem jest osłabienie wartości rosyjskiej i chińskiej (w przyszłości) broni atomowej. Warszawski rząd niczego tak nie pragnął jak umieszczenia takiej eksterytorialnej bazy na terytorium Polski. Podpisanie umowy uchodziło za wielki sukces, media pokazywały, jak warszawscy politycy wydzierają sobie ten sukces. Praktycznie taka baza czyniła z części Polski pobojowisko w wypadku wymiany ciosów rakietowych, ze względu na którą to ewentualność taka baza była w Polsce Amerykanom potrzebna. Czy komuś przyszło na myśl, żeby autorów takiego "sukcesu" stawiać przed Trybunałem Stanu?
(...)
Rząd amerykański za pośrednictwem Centralnej Agencji Wywiadowczej, a CIA z pomocą innych pośredników przekazywała "Solidarności" znaczne środki finansowe. (...) Powiązania po dziś dzień nam wielopartyjnie panującej "Solidarności" z CIA były bliskie, serdeczne, wprost intymne. Do czasu korzyść z tych związków odnosiła tylko "Solidarność", gdy ona przejęła więcej niż rządy, bo całe państwo, darczyńcy z CIA mieli prawo upomnieć się o odwzajemnienie usług.(...)
prof. Bronisław Łagowski, To jest Ameryka, Tygodnik Przegląd nr 16(642) z 22 kwietnia 2012 r., s. 15
Dodane przez Adam Smiech dnia kwiecień 24 2012 08:49:54
Kresowy Ruch Patriotyczny
Al. Ujazdowskie 6 A
00-461 Warszawa Warszawa, 27 marca 2012 r.
Sz. Pan
Bronisław Komorowski
Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej
Warszawa
LIST OTWARTY
Panie Prezydencie!
Po raz kolejny zwracamy się do Pana w ważnej narodowej sprawie. Dotyczy ona najokrutniejszego w naszych dziejach ludobójstwa, jakiego dokonali banderowcy na obywatelach polskich Kresów Wschodnich II RP. Mimo upływu 70 lat ofiary tych makabrycznych zbrodni wciąż czekają na godny pochówek, ich szczątki poniewierają się w nieoznaczonych, a w większości nieznanych miejscach.
Jednocześnie zaistniała rzecz bez precedensu w skali świata. Sprawcom tego ludobójstwa nie tylko nie wymierzono kary, nie zostali oni potępieni, ale wzniesiono im setki pomników i znaków „sławy”: na Ukrainie, w państwach zachodnich, i – co budzi grozę – w Polsce. Należy podkreślić, że pierwszy pomnik Romana Szuchewycza – zastępcy dowódcy Batalionu SS „ Nachtigall ”, sprawcy pogromu Żydów i profesorów polskich oraz poźniejszego dowódcy UPA, bezpośrednio odpowiedzialnego za rzeź Polaków i Ukraińców na Kresach – został wzniesiony w Buffalo w 1968 r. Z kolei pierwszy pomnik Stepana Bandery odsłonięto w Nowym Jorku w 1983 r. Natomiast od kilkunastu lat władze naszego Kraju nie zezwalają na postawienie w Warszawie pomnika dla uczczenia pamięci ponad 200 tysięcy ofiar banderowskiego ludobójstwa.
Źródła tego kuriozum należy upatrywać u zarania „zimnej wojny”, kiedy zaistniało zapotrzebowanie na bezwzględnych ludobójców, zaprawionych terrorystów, ludzi bez skrupułów moralnych, znających jednocześnie realia sowieckie oraz języki rosyjski, ukraiński i polski. Kryteria te spełniali właśnie banderowcy, melnykowcy i członkowie SS-Galizien. Wszyscy oni zyskali przychylność i opiekę zachodnich demokracji, a zwłaszcza Stanów Zjednoczonych. Zostali zatrudnieni w służbach specjalnych i jako doradcy rządów tych państw. W zamian zapewniono im bezkarność, wysokie zarobki oraz stworzono warunki do fałszowania historii OUN-UPA. Uzyskali oni także wpływy w Radiu „Wolna Europa”, „Głosie Ameryki” oraz paryskiej „Kulturze”. Klasycznym przykładem (choć nie jedynym) jest kariera Mykoły Łebedia, szefa Służby Bezpeky OUN-B, oprawcy Polaków i tych Ukraińców, którzy odmawiali udziału w zbrodniach UPA. Został on zatrudniony przez CIA oraz otrzymał obywatelstwo amerykańskie. Prócz doradztwa i świadczenia „usług” wywiadowczych szkolił on między innymi żołnierzy amerykańskich przygotowywanych do wojny w Wietnamie.
"Rozkołysały się dzwony pieśnią Zmartwychwstania... Spiżowe serca biją mocno, grają równo, czysto, dźwięcznie... Hymn radości niesie się górnie, wysoko, podchmurnie... Leci, polata... Nad topoli szczytami i sosen, ku chatom i zagrodom...
Pozdrowienie niesie i wieść radosną...
Alleluja...
Na każdym stole jawi się baranek, na każdym stole jajka mienią się tęczowemi kolorami... Pod każdą strzechą radośnie biją serca.
Chrystus Zmartwychwstał!
Redakcja i administracja "Orędownika" w tym radosnym dniu przesyłają wszystkim swoim czytelnikom, sympatykom i współpracownikom najserdeczniejsze życzenia
WESOŁEGO ALLELUJA!"
Te życzenia składał swoim czytelnikom "Orędownik" - "Ilustrowane pismo narodowe i katolickie" w 1935 r. Dzisiaj, po 77 latach, przekazujemy je ponownie - wszystkim czytelnikom, sympatykom oraz współpracownikom Jednodniówki Narodowej wraz z przedwojenną ilustracją.
Od profesora Bogumiła Grotta, wybitnego znawcy dziejów Narodowej Demokracji otrzymaliśmy recenzję niedawno wydanej paszkwilanckiej książki Grzegorza Krzywca "Szowinizm po polsku - przypadek Romana Dmowskiego (1886-1905)". Jest to druzgocąca odpowiedź-recenzja na wszystkie manipulacje, przekłamania i braki w warsztacie autora. Z prawdziwą przyjemnością polecamy PT Czytelnikom tekst profesora Grotta. Można zadać pytanie, dlaczego Krzywiec i jemu podobni nie wydają książek demaskujących Piłsudskiego, jego walki z polską demokracją i dyktatorskich rządów nie wolnych od ofiar? Odpowiedź jest prosta - Dmowski ze swą żelazną logiką, rozsądkiem, realizmem i konsekwencją stanowi poważne zagrożenie, Piłsudski zaś jest narzędziem do utrzymywania w ogłupieniu szerokich mas polskich i ich emanacji w postaci prawicy mniej lub bardziej katolickiej. Ze względu na obszerność recenzji, poniżej przedstawiamy jedynie krótkie fragmenty "na zachętę", zaś całość znajduje się w dziale "Artykuły - Prof. Bogumił Grott". Bezpośredni dostęp - TUTAJ
(...)Krzywiec myli też dwie różne zupełnie sprawy: konstatację panujących w świecie trendów w postaci ostrej walki o byt z ich pochwałą. Czy Dmowski coś takiego czynił? Wydaje się to nader wątpliwe. Czasokres rozważań Krzywca odnosi się do końca epoki zaborowej, kiedy to naród polski nadwerężony trwającą już ponad sto lat obcą okupacją, doznawał rozmaitych ciosów, co budziło obawy o dalsze jego losy. W takiej sytuacji trudno było mieć oczy zamknięte na mechanizmy rządzące polityką w szerokim świecie. Polityka ta dyktowała warunki. Należało więc rozpoznawać je i znaleźć środki zaradcze. Poprzestawanie na umoralniających formułach nie wystarczało! Narodowa Demokracja w swoim początkowym okresie zajmowała się przede wszystkim, jak to określił Dmowski, "konserwowaniem narodu". To zaś wymagało dobrej orientacji w trudnej rzeczywistości. Podobnego błędu, polegającego na nie rozróżnianiu świadomości stanu rzeczy w sferze ideologii i praktyki politycznej od pochwalania brutalnej rzeczywistości(wytł. moje - AŚ) dopuszcza się Krzywiec także i w innych punktach.(...)
(...)Otóż niejaki Stefan Zgliszczyński ze środowiska Krytyki Politycznej spłodził tekst zatytułowany Roman Dmowski - hitlerowcem. Jest on dostępny w internecie jako datowany na 5 listopada 2011 roku. Czytamy tam: "Do tej pory sadziłem, iż wściekle antysemicki język polskiej prasy pierwszych dekad XX wieku kończył się na planach wysiedlenia Żydów z Polski - dobrowolnie lub silą. Czyli nie wiele różnił się od szalejącego wówczas w Europie antysemityzmu. /.../ Krzywiec przeczytał Dmowskiego et consortes znacznie uważniej. Okazuje się, że już na całą epokę przed Mein Kampf, bo w 1901 roku na łamach prasy narodowej Dmowski zadał pytanie czy Żydów zasymilować, czy wypędzić czy wymordować".
Ostatnie słowa zostały zaczerpnięte z książki Krzywca ze strony 251 gdzie autor ten podaje, iż to w Przeglądzie Wszechpolskim z roku 1901, nr 7, na stronie 424 znajduje się taka wypowiedź! I co? Otwieramy tom na tej stronie i nic takiego nie znajdujemy. Czytamy więc cały artykuł i też wypowiedzi takiej tam nie ma. A wiec blef? Liczenie na niedokładność czytelnika, który nie sprawdzi zgodności przypisu ze stanem faktycznym?(...)
Dodane przez Adam Smiech dnia luty 10 2012 15:22:30